logowanie | rejestracja

Podczas nocnych ataków krzyczałem: „Jezu ratuj!”. Zawsze. Za każdym razem, kiedy w pokoju pojawiał się przerażający cień, krzyczałem o pomoc do NIEGO. Otoczony bluźnierczymi płytami, nie-kościelny metal, nieświadomie wołał do Boga… (Adam)

Podczas nocnych ataków krzyczałem: „Jezu ratuj!”. Zawsze. Za każdym razem, kiedy w pokoju pojawiał się przerażający cień, krzyczałem o pomoc do NIEGO. Otoczony bluźnierczymi płytami, nie-kościelny metal, nieświadomie wołał do Boga… (Adam)

Nazywam się Adam i opowiem Wam o moich przeżyciach związanych z muzyką metalową. Kiedy w wieku mniej więcej 15-16 lat, posłuchałem heavy metalu po raz pierwszy, poczułem coś niesamowitego – siłę, energię i euforię przeszywającą całe moje ciało. Można powiedzieć, że pokochałem ten typ muzyki całym swym sercem od razu. Początki to klasyka heavy – Iron Maiden, Dio, U.D.O., Helloween, potem nieco cięższy thrash – Metallica, Annihillator, Anthrax. Jednocześnie zacząłem zapuszczać długie włosy i nosić ciemne ubrania – typowy młody metal.
Moja wiara w tym okresie nie była silna – był to typ wiary tradycyjnej – wyniesionej z domu – bardzo symbolicznej i płytkiej, ot, w każdą niedziele do kościoła, bo tak trzeba. I nic więcej. Wieczorna modlitwa – tylko wyuczone formułki bez głębszego zastanowienia.

Zacząłem chodzić się koncerty metalowych kapel w bielskich klubach rockowych i kolekcjonować profesjonalną prasę o tym gatunku muzyki. Do gazet tych dodawane były płyty, składanki, a czasami pełne albumy. Poznawałem dzięki temu cały przekrój i bogactwo muzyki metalowej – w tym coraz cięższe i mocniejsze kapele black i death metalowe.
Przyznaje, że tych ostatnich autentycznie się bałem. Dziś wydaje się to śmieszne, ale autentycznie bałem się, że puszczając z płyty kawałek Behemotha, mogę przyzwać diabła, który nagle stanie obok i mnie wystraszy. Czułem, gdzieś w środku, że to będzie nie w porządku wobec Boga – chociaż moja wiara była słaba, gdzieś tlił się jakiś płomyk łaski ostrzegający przed tym. Raziły mnie bluźniercze nazwy i okładek i na początku pomijałem takie utwory na składankach, ale niestety było ich coraz więcej. I w końcu zgasiłem ten płomyk.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem kawałek black metalowy, poczułem tą samą ekscytację, co kilka lat wcześniej i przekonałem się, że żaden diabeł nie wyskoczył z głośnika, a sama muzyka bardzo mi się podoba. Dalej poszło już z górki, kolejne płyty pojawiały się w moim domu, a do mojej kolekcji uznanych metalowych kapel dołączył te, które wprost odwoływały się do satanizmu. I przestały mi przeszkadzać bluźniercze obcojęzyczne tytuły, takie jak „gnijący Chrystus”, „Detronizacja Boga” czy „Agonia Chrystusa”, odwrócone krzyże, wszechobecne trzy 6 i rogate łby na okładkach. Ważne było by granie powodowało euforię, metalowe walce miażdżyły umysł, perkusyjny bit zastępował bicie serca, a wokalny ryk (growl) przechodził jak przez moje gardło. Teksty były nieważne – moje myślenie podążało fałszywym tropem – wmawiałem sobie, że to tylko muzyka, nie skupiam się na niezrozumiałych tekstach więc nie interesuje mnie ich przesłanie. A przecież same tytuły mówiły wszystko – to były teksty o bardzo konkretnym przesłaniu.

Prasa metalowa i wywiady z twórcami, metalowe koncerty, coraz więcej płyt – i włosy sięgające daleko za ramiona – wsiąkałem w ten świat coraz bardziej. Oczywiście wciąż chodziłem do kościoła, czasem przyjmując Komunię Świętą, ale nie było w tym serca. Serce było gdzie indziej. Ja miałem „metalowe serce” w piersi. Bóg nie bardzo miał tam miejsce. Rodzinka widząc jak zmieniam się w metala próbowała odwrócić ten proces na swój sposób: mama brała mnie na długie spacery, żeby wypytać, czy wszytko u mnie dobrze i czy nie zmieniłem się jeszcze w biegającego za czarnymi kotami po cmentarzu długowłosego troglodytę; a babcia – cóż, biegała za mną po domu polewając mnie wodą święconą. Obficie i często.

SNY

Pojawiły się sny – inne, niż dotychczas. Śniło mi się na przykład spotkanie z osobami z mojej klasy u mnie w domu. Rozmawiamy normalnie, kiedy nagle w rogu pokoju pojawia się gęsty cień zawłaszczający całe światło i radość z mojego pokoju. Cień warczy i zaczyna coraz bardziej napierać na mnie i… budzę się z krzykiem w swoim łóżku, a gęsty cień dalej jest w kącie mojego pokoju i warczy. Boję się, ponieważ nie rozróżniam granicy między „to jeszcze sen”, a „już się obudziłem”. Zasnąłem zmęczony dopiero gdzieś nad ranem. Po kilku dniach zapomniałem o tym wstrząsającym zdarzeniu, przyjmując, że to był tylko jakiś koszmar.

Tylko, że to nie był koniec, a dopiero początek. Kolejny sen tego typu pojawił się w kilka dni później. I był jeszcze bardziej realny. I jeszcze bardziej się bałem. Śni mi coś normalnego i nagle pojawia się atakujący gęsty warczący cień, wzbudzający niesamowite przerażenie i paraliżujący lęk. Budzę się z krzykiem. Następna noc, spokój. Dwa dni później, atak cienia. Potem do ataków doszło gryzienie – budziłem się przerażony z podrapanymi rękami i dziwnymi ranami na skórze. Czasem rodzinka musiała budzić mnie dwa, trzy razy jednej nocy – ataki następowały noc w noc. Po jakimś czasie potrafiłem rozpoznać nadchodzący atak – widząc zmiany ciemności i nadchodzący strach – nie śpiąc. Widywałem ten cień w swoim pokoju, ale także w innych miejscach gdzie czasem spałem. Zdarzało mi się spać poza domem u kuzyna, czy kolegów i tam też dochodziło do ataków.

Jednocześnie zagłębiałem się w świat metalu, coraz bardziej rozluźniając swoją relację z Bogiem. Modlitwa osobista praktycznie nie istniała, Msze niedzielne, jeśli w ogóle przychodziłem do kościoła, były tylko bezmyślnym dukaniem formułek. Przestałem przyjmować Komunię Świętą. Za to w mojej kolekcji przybywało metalowych płyt, coraz bardziej agresywnych i mocniejszych w przekazie. Nie przychodziło mi do głowy, że te elementy są ze sobą powiązane…

W tym wszystkim niezwykłe było to, że w moim metalowym sercu pozostała jakaś Boża iskierka łaski, gdyż podczas sennych ataków zacząłem krzyczeć: „Jezu ratuj”. Zawsze. Za każdym razem kiedy pojawiał się cień, krzyczałem o pomoc do NIEGO. Otoczony bluźnierczymi płytami, nie-kościelny metal, nieświadomie wołał do Boga.

BÓG

Bóg usłyszał. W szkole średniej katechetka poprosiła mnie bym pomógł jej w prowadzeniu rekolekcji dla naszej szkoły – miałem poprowadzić Drogę Krzyżową jako narrator. Nie stosowała żadnego przymusu, ani innej groźby, ale była wytrwała – uparła się, że do tej roli mam być ja, i nikt inny – namawiała mnie tak długo, aż ustąpiłem. I wystąpiłem. Gdyby nie ona, pewnie nie przyszedłbym w ogóle na te rekolekcje, jak mi się już zdarzyło rok wcześniej, kiedy mówiąc w domu, że jadę na rekolekcje, jechałem słuchać metalu do znajomych. Na rekolekcjach podczas ogłoszeń wyszedł jeden długowłosy facet, powiedział że będą grali koncert rockowy w ostatni dzień rekolekcji w tym kościele, i że zapraszają wszystkich. Przyszedłem. Na tym koncercie zobaczyłem nawróconych ludzi, którzy żyli całym sercem z Bogiem i zapragnąłem sam takiego życia. Trafiłem na kolejny koncert tej grupy, na którym spotkałem ludzi ze wspólnoty i usłyszałem o prawdziwym, żyjącym Bogu. Ta grupa rockowa to bielski zespół Aslan, który pomimo wielu lat stażu nie doczekał się debiutanckiej płyty ani rozgłosu. A jednak jego istnienie miało swój Boży sens. Głoszone na koncertach Słowo i świadectwo spowodowało mój powrót do Kościoła. Dzięki, Krzychu! Ta wspólnota to bielskie Miasto na Górze – dzięki Magda, że mnie wypatrzyłaś!

Kiedy zacząłem chodzić na spotkania wspólnoty, uczyć się modlitwy, osobistej relacji, czytania Biblii – zacząłem też poznawać prawdziwego Chrystusa. Mój stosunek do metalu zaczął się zmieniać. Wciąż słuchałem mnóstwo tej muzyki, jednakże bluźniercze okładki i teksty zacząłem postrzegać jako coś, co chyba jednak nie jest właściwe i może obrażać Boga. To nie było nagłe olśnienie, a raczej proces – im więcej Boga, tym większa świadomość, że to czym się karmię jest złe. Trwała we mnie walka, swoisty dualizm – zacząłem świadomie chodzić do spowiedzi i z łaską przyjmować Komunię Świętą, jednocześnie ataki cienia nie ustały, robiąc się coraz bardziej agresywne. W końcu musiałem powziąć pewną decyzję: chciałem zacząć służyć w przy ołtarzu w naszej wspólnotowej „diakoni liturgicznej”, więc musiałem ściąć długie włosy – upartość proboszcza. Włosy znikły, a wraz z nimi wszystkie black/death metalowe płyty i gazety. Płyty połamałem, gazety i okładki poszły do pieca u kuzyna. Poczułem się wolny.
Co ciekawe, kuzyn mówił mi potem, że nie dało się tego świństwa spalić w piecu – gdy na końcu poszedł wybierać popiół, zobaczył wypalone wszystkie gazety i okładki oprócz… demonów. Rogate twarze z papierowych okładek nie chciały się spalić, kuzyn musiał je dodatkowo polać środkiem łatwopalnym – mówił, że miał ciary i lęk jak nigdy dotąd, gdy to robił.

Satanistycznego metalu się pozbyłem, pozostałem jednak ze swoim metalowym sercem przy łagodniejszych formach tej muzyki – heavy, thrash, progressive. I tak na półkach pozostało jeszcze dużo takiej muzyki, ale od tego czasu wystrzegałem się wszystkiego w metalu, co miało powiązania z satanizmem i było antychrześcijańskie. Wiara wzrastała, ataki ustawały. Co nie znaczy, że zanikły zupełnie. Jeden z nich przeżyliśmy razem z żoną. Jednej nocy, kiedy leżeliśmy w łóżku obok siebie, w pokoju było ciemno, ale nie na tyle by nic nie widzieć, spokojnie potrafiłem rozpoznać swoje rzeczy, meble. Nagle ciemność zaczyna gęstnieć na moich oczach, przestałem rozpoznawać rzeczy w pokoju, ogarnęło mnie niesamowite przerażenie i paraliżujący moje ciało lęk, jednocześnie czułem wściekłość i nienawiść płynącą w moją stronę zogniskowaną w napierającym na mnie mroku. Oboje zaczęliśmy się modlić, najpierw w myślach, bo byliśmy sparaliżowani lękiem, a kiedy w końcu zdołaliśmy się poruszyć, chwyciliśmy się za ręce i przeszliśmy na szept. Podczas modlitwy mrok zaczął ustępować, a do pokoju zaczęło wracać świtało ulicznych lamp. Śmiertelnie przerażeni zaczęliśmy modlić się na głos, prosząc Boga oraz Maryję o opiekę i ratunek przed złem. Oboje przeżyliśmy ten atak, potwierdzając między sobą, że czuliśmy to tak samo.

Po czasie zauważyłem, że słuchanie heavy lub thrash metalu znowu przestaje mi wystarczać, że potrzebuje mocniejszych dźwięków. I chociaż nie miąłem tego typu płyt w domu pozostał jeszcze internet – YouTube i serwisy streamingowe. Lubiłem zapuścić sobie coś mocnego na słuchawkach podczas odkurzania mieszkania – death metal idealnie pasował do włączonego odkurzacza (bo brzmi identycznie :). Więc niby słuchałem tylko „dopuszczalnego” metalu, a jednocześnie gdzieś tam przez szparki wciskał się mi do głowy i serca – ten zły, wcześniej odrzucony. Złapałem się na tym, że „metalowe serce” ciągnie mnie znów w bluźniercze bagno. Trzeba była działać ekstremalnie. Podjąłem decyzję: pozbywam się całego metalu – nawet ten lżejszy jest dla mnie po prostu niebezpieczny. Nastąpił drugi etap pozbywania się płyt – wyleciały wszystkie metalowe albumy. A ja, po kilku latach od poprzedniego uwolnienia z metalu, poczułem się wolny – znów.

Dziś wiem, że dla mnie słuchanie metalu jest skończone – pomimo tego, że uwielbiam tę muzykę, jej słuchanie może mnie doprowadzić w miejsc, do których nie chcę już wracać. Nie twierdzę, że metal jest zły – to ciężki gatunek muzyki, który jednocześnie zawiera w sobie mnóstwo piękna, harmonii, ale także potęgi i mocy. Są ludzie, którzy uwielbiają metal i są porządnymi ludźmi. Ale jest to jednocześnie taki rodzaj muzyki, w którym niebezpieczeństwo przejścia w satanizm jest najmocniejsze, flirt muzyki metalowej z diabelstwem istnieje praktycznie od samego początku tego gatunku. Dla mnie jest to śmiertelnie niebezpieczne, więc aby pozostać wolnym człowiekiem, muszę się tego wystrzegać. Oczywiście nie w sposób przesadny – jeśli w radiu leci utwór zespołu Metallica – to nie biegnę z siekierą i wodą święconą na odbiornik, tylko pokiwam krótkowłosą głową i poczekam na następny nie-metalowy utwór. Ale nie kupuje już metalowych płyt, ani żadnych magazynów czy książek o metalu. Żadnych tego typu koncertów. Dla mnie z metalem koniec.

A Bóg – ratuje nas od złego i opiekuje się naszą rodziną każdego dnia.

~Adam