logowanie | rejestracja

Bóg – dawca talentów (Iwona)

Bóg – dawca talentów (Iwona)

Od 26 lat jestem szczęśliwą mężatką i matką pięciorga dzieci. Tak się składa, że w życiu udaję mi się rozwijać dwie pasje poprzez talenty, jakimi obdarzył mnie Bóg. Jedną z nich jest krawiectwo – to mój zawód, ale również pasja.

Dużo czasu zajęło mi odkrycie, że ten talent jest zarówno prezentem jak i zadaniem, które Bóg mi powierzył. Jestem trzecim pokoleniem krawców w mojej rodzinie. Fachu uczyłam się od ojca, więc może, dlatego wydawało mi się to takie naturalne, że nie widziałam w tym nic szczególnego. Realizowałam się w pracy, ale obowiązki rodzinne brały górę nad przebiegiem mojej „kariery” zawodowej. Wciąż brakowało mi siły i wiary w to, że mogę się realizować jako krawcowa, gdyż wciąż słyszałam w swojej głowie „nie uda ci się”, „nie nadajesz się”, „inni są lepsi”. To były okropne myśli, które przez lata podcinały mi skrzydła i skutecznie blokowały mnie przed tym, by żyć pasją, by robić to, co umiem, co daje mi radość. Przez piętnaście lat zajmowałam się dziećmi i domem. W tym czasie, oczywiście nie zaniechałam szycia. Szyłam ubranka dla moich dzieci i dla siebie, dzięki czemu nabierałam wprawy i doświadczenia. Po tym czasie, przyszedł czas na podjęcie pracy. Dzieci już na tyle urosły, że już nie potrzebowały tak mojej obecności, ponadto był to dobry moment by się bardziej angażowały w prace domowe.

Zostałam zatrudniona w dużej firmie, gdzie mogłam się sprawdzać, ponieważ stanowisko, na którym mnie zatrudniono było częściowo zgodne z moimi oczekiwaniami. Tak przynajmniej było na początku. Jak się okazało, był to dobry czas. Nauczyło mnie to kilku ważnych spraw i pomogło przetrwać nam chorobę córki, która trwała blisko dwa lata. Niesamowita życzliwość, hojność i wyrozumiałość moich szefów była wręcz niespotykana. Mogłam przebywać na zwolnieniu-opiece ile potrzebowałam, bez strachu, że stracę pracę. Darowizny, które dostawaliśmy, kiedy brakowało środków na życie i leczenie to było coś niesamowitego.

Przełom nastąpił po pięciu latach pracy. Moje obowiązki uległy stopniowo zmianie, ale w stronę, którą nie chciałam podążać. Wówczas zaczęłam intensywnie wołać do Boga: „Co ja mam dalej robić?”, bo nie chciałam tak żyć „umierając” zawodowo. To przekładało się na inne sfery życia. W tym czasie Bóg pomału przygotowywał rozwiązanie.

Po rekolekcjach letnich, na których mój mąż przeżył mocne, duchowe przebudzenie, pomału, ale skutecznie karmił mnie Słowem Bożym i motywował do tego, by Boże Słowo wypełniało się w życiu. Zaczęło kiełkować w moim sercu pragnienie zmiany tej sytuacji i zrobienie tego, o czym marzyłam od młodości, czyli do założenia swojej firmy. Była to walka, ale na moje wątpliwości Bóg odpowiadał prawie natychmiast. Kiedy pojawiła się myśl, że nie mam wystarczających umiejętności dostałam SMS „masz niesamowity talent” od zadowolonej klientki i wiele podobnych wątpliwości Bóg rozwiewał natychmiast. Najtrudniejszą dla mnie decyzją życiową była rozmowa z moimi pracodawcami. Przez cały czas zatrudnienia miałam wyraźne znaki, że moi chlebodawcy są mi wdzięczni, że pracując dla nich przyczyniam się do rozwoju ich firmy. Więc jak ja teraz miałam oznajmić im, że „nie chcę dla was dłużej pracować”, (oczywiście innymi słowami). Jakieś poczucie wdzięczności i lojalności mocno, nie dawały spokoju. Ale niesamowite w naszym Bogu jest to, że nawet takimi szczegółami się przejmuje. Kiedy już umówiłam się na rozmowę i wydobyłam z siebie „przygotowane przemówienie” usłyszałam oprócz podziękowań, słowa „nie mogłaś zrobić tego w lepszym momencie”. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że moi szefowie sprzedają firmę i z niej odchodzą, więc to już nie będzie ta sama firma. Kamień spadł mi z serca. Odchodziliśmy z firmy tego samego dnia. Teraz robię to, do czego mnie Bóg powołał i przygotował. Mam firmę, robię to, co lubię, nie zamartwiam się ile z tego będę mieć, ale jak najlepiej oddać swoją pracą chwałę Bogu oraz zadowolenie klientom.

Drugą pasją jest śpiew. Od kiedy pamiętam, to śpiewałam – zaczynając od chórku dziecięcego albo nawet wcześniej śpiewając czołówki dobranocek, poprzez harcerstwo, a potem Oazę. Bardzo mnie to cieszyło. Kiedy jako młoda mężatka szukałam wspólnoty, wybrałam się na kilka spotkań innych wspólnot w naszym mieście, jednak dopiero kiedy trafiłam na spotkanie środowe i usłyszałam posługującą na tym spotkaniu diakonię muzyczną, wiedziałam, że to jest moja wspólnota. Oczywiście zaraz pojawiło się pragnienie, by służyć śpiewem w tej diakoni. Pierwszym krokiem była próba dołączenia do chóru, który był złożony z członków naszej wspólnoty, niestety odpowiedź była odmowna. Przychodziły na świat kolejne dzieci i tym samym moje siły ukierunkowane były na rodzinę. Moja wiara pomału wzrastała i coraz częściej Bóg mówił do mnie pieśniami, poruszając pięknem dźwięków i harmonii. Wtedy to zaczęło do mnie docierać, że głos, jakim mnie obdarzył, mogę i chcę wykorzystywać nie dla samego śpiewania, ale przede wszystkim do uwielbienia Go. Modlitwa uwielbienia to jest to, co pobudza moją wiarę.

Kiedy się tego najmniej spodziewałam, zaczęło się realizować moje pragnienie służenia śpiewem i prawie jednocześnie zaczęłam śpiewać w chórze oraz w diakoni muzycznej. Z każdym rokiem coraz bardziej szkoliłam swój warsztat uczestnicząc w różnego rodzaju warsztatach. Im głębiej wchodziłam w duchowy wymiar pieśni uwielbienia, tym bardziej dojrzewała moja wiara. Kiedy w uwielbieniu oddaję Bogu wszystko to, czym jestem, On daje mi wszystko, czym jest On sam. Kiedy ja uwielbiając Boga zajmuję miejsce stworzeń stworzonych ku chwale Jego majestatu, wtedy On zajmuje miejsce Stwórcy, Odkupiciela, Wyzwoliciela, Lekarza ciał i dusz. Największe zwycięstwa w moim życiu w trudnych sytuacjach, kiedy czułam się uwięziona, jak apostoł Paweł i jego towarzysz Sylas (Dz 16,16-26) Bóg rozwiązywał poprzez modlitwę uwielbienia. Tak było.

Przygotowując się z diakonią muzyczną do koncertu w czasie Tygodnia z Ewangelią, byliśmy już po próbach, kiedy pojawiło się podejrzenie, że nasz najstarszy syn prawdopodobnie ma nawrót choroby. Tak oczywiście zinterpretowaliśmy pojawienie się guzów na węzłach chłonnych wybadanych w czasie rutynowej wizyty lekarskiej. W tym czasie klasyfikowany był już, jako wyleczony po przebytej chorobie raka tarczycy. Padł na mnie strach nie do opisania o jego życie, a ja nie chciałam tylko pięknie zaśpiewać tego koncertu. Chciałam, by każde słowo wyśpiewane było z mocą i było prawdziwe. Oddałam Bogu całą tę sytuację, a Duch Święty przekonał mnie, że jest to najodpowiedniejszy czas, aby modlić się śpiewając hymny Bogu który wyzwala. To czas, aby z moich ust zamiast lamentu płynęła pieśń uwielbienia dla Jezusa, któremu dana jest wszelka władza na niebie i ziemi, i dla Ojca, bez którego wiedzy nawet włos z głowy spaść nam nie może. Z każdym nowym dźwiękiem zbliżał się czas wyzwolenia z panicznego strachu. Doświadczyłam niesamowitego pokoju, który może dać tylko Bóg. Od tego koncertu jestem pełna ufności, że „Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz, moje serce bać się nie będzie; choćby wybuchła przeciw mnie wojna, nawet wtedy będę pełen ufności” (Ps 27,3), gdyż Bóg ukrywa mnie w głębi swojego przybytku, gdzie nieprzyjaciel nasz nie ma już dostępu. Tę prawdę przypomniała mi na nowo pieśń pod tytułem „Ukryj mnie”, którą nasza diakonia wprowadziła do śpiewnika w czasie, kiedy przeżywałam kolejny trudny moment w naszej rodzinie, jakim była tym razem choroba naszej najstarszej córki. Nie był to krótki czas, lecz blisko 2 lata tułania się po kilku szpitalach. W tym czasie refren wspomnianej pieśni, „Kiedy fale mórz chcą porwać mnie, z Tobą wzniosę się, unosisz mnie. Wszystko ci poddane Królu jest, ufam i wiem, Tyś Bogiem jest”, przyniósł ukojenie, a zwrotki przypominały, że Bóg już raz zwyciężył, gdy ufność złożyłam w Nim. I tym razem Bóg okazał swoją moc i rozwiązanie.

W 2Krn 25,7 czytamy, że „wszyscy muzycy w świątyni Salomona byli uzdolnionymi, wyćwiczonymi w śpiewie dla Pana”. Ja nie jestem z wykształcenia muzykiem, nie oceniam na ile jestem uzdolniona i wyćwiczona, ale na pewno chcę śpiewać dla Pana pieśń uwielbienia całym sercem, całym umysłem i pełnym głosem. Amen.

Iwona