logowanie | rejestracja

Czystość przedmałżeńska

Czystość przedmałżeńska

Poznaliśmy się, gdy miałem 23 lata. Oboje byliśmy głęboko wierzący i zakochani w Panu Bogu.

Naszą rodzącą się miłość chcieliśmy od początku budować na Bogu, żyjąc w zgodzie z Jego przykazaniami. Chodziliśmy na spotkania modlitewne i braliśmy czynny udział w życiu wspólnoty. Było w nas dużo zapału i radości. Chętnie spędzaliśmy czas z przyjaciółmi ze wspólnoty, ale też coraz chętniej przebywaliśmy ze sobą – tylko my we dwoje. Toczyliśmy niekończące się dyskusje, czytaliśmy sobie na głos chrześcijańskie książki o miłości, małżeństwie i wychowywaniu dzieci. Wymienialiśmy poglądy na temat naszej wizji małżeństwa i rodziny. Cieszyliśmy się sobą. Po jakimś czasie te nasze spotkania we dwoje stawały się coraz bardziej sympatyczne. Dobrze nam było ze sobą. Byliśmy coraz bardziej szczerzy i otwarci na siebie. Podobały się nam nasze cechy charakteru, nasza powierzchowność, wygląd, sposób zachowania, nasza uroda… słowem wszystko, co można było dojrzeć i co nie było zakryte. To poznawanie wciągało i fascynowało. Pamiętam mój pierwszy pocałunek. Nieśmiały, jakby skradziony. Byliśmy w sobie zakochani i coraz częściej okazywaliśmy sobie wzajemnie czułość. Ale zasady były jasno określone: kontakt fizyczny dopiero po ślubie. W Starym Testamencie takie zbliżenie było jednoznaczne ze ślubem. Mężczyzna, który zbliżył się do wybranej (ukochanej) kobiety, przez sam ten czyn stawał się jej mężem a ona jego żoną. Wcześniej otrzymywali błogosławieństwo od ojca, potem była uczta weselna – to wielka radość i święto całej rodziny. Tak sobie wyobrażałem również nas. Nasz wielki dzień, nasi najbliżsi, przyjaciele, błogosławieństwo rodziców i kapłana w czasie uroczystej Mszy Świętej, nasze przyrzeczenie, obrączki, huczna zabawa i ta wielka dla nas chwila, gdy będziemy sam na sam.

Znałem dobrze swój charakter. Byłem zbyt słaby, żeby stawić czoła swoim namiętnościom, które właśnie w tych chwilach, na osobności, rodziły się gdzieś w mojej wyobraźni i w moim ciele. Było to tym trudniejsze, że wyraźnie wyczuwałem, że moja ukochana też ulega podobnym emocjom. Świadczyło to oczywiście, że niczym nie różniliśmy się od innych ludzi. Z drugiej jednak strony miłość do Boga i do mojej ukochanej nakazywały mi mieć się na baczności. Jak to zrobić? To było ponad moje siły. Wtedy postanowiłem, że musimy porozmawiać. Doszliśmy do wspólnego wniosku, że czystość jest dla nas priorytetem i zbliżenie fizyczne zostawimy sobie na ten specjalny czas po ślubie. Same postanowienia to oczywiście za mało. Musieliśmy się pilnować i bezwzględnie zachować czujność. Trzeba było mieć „ręce przy sobie” i troszczyć się o czystość drugiego bardziej niż o swoją. Troska o czystość pojawiła się również w naszych modlitwach. Nie było nam łatwo i zdarzało się, że niebezpiecznie zbliżaliśmy się do postawionej sobie granicy, ale Pan czuwał razem z nami.

Dotrwaliśmy w końcu do tego upragnionego dla nas dnia. Przez tę naszą wstrzemięźliwość, oczekiwanie na dzień ślubu stawało się pragnieniem, które w nas dosłownie płonęło.

Gdy przyszedł ten wymarzony czas, nad ranem po weselu, umęczeni weselnymi obowiązkami, marzyliśmy już tylko o śnie. Jednak nie potrafiliśmy zasnąć. Wiedzieliśmy, że to nie wszystko, tak naprawdę nic się jeszcze nie wydarzyło. Najpiękniejsze było przed nami. Teraz możemy przypieczętować nasze zaślubiny. Powróciły siły. Wtedy doświadczyliśmy tak wielu uniesień. Mieszał się wstyd i niewinność, kompleksy i akceptacja, tajemnica i poznanie. W tym wszystkim był obecny z całą swą Miłością Pan Bóg, który nas do małżeństwa powołał i pobłogosławił. To była nasza najpiękniejsza modlitwa. Mieliśmy pełną świadomość Jego miłości. Piękne było to, że nie ukrywaliśmy się przed Nim, ale pragnęliśmy Jego obecności w nas i pośród nas. To była prawdziwa wolność, bez cienia lęku, w pełnym oddaniu Bogu i współmałżonkowi.

Jesteśmy wdzięczni, że Bóg nam to uczynił.

Dziękuję Ci Panie!