logowanie | rejestracja

Głośną modlitwą wspólnotową oraz różnymi praktykami religijnymi tylko zagłuszałem wszechobecny grzech. Czułem, że jest to zewnętrzna przykrywka dla tego, co było wewnątrz mnie. Byle by tylko nie zajrzeć do swojego wnętrza i za żadne skarby nie zobaczyć i nie usłyszeć prawdy o sobie. (Piotr)

Głośną modlitwą wspólnotową oraz różnymi praktykami religijnymi tylko zagłuszałem wszechobecny grzech. Czułem, że jest to zewnętrzna przykrywka dla tego, co było wewnątrz mnie. Byle by tylko nie zajrzeć do swojego wnętrza i za żadne skarby nie zobaczyć i nie usłyszeć prawdy o sobie. (Piotr)

Mam 48 lat. Do wspólnoty Miasto na Górze trafiłem, jako 24-latek. Był to okres, w którym rozpaczliwie szukałem swojego miejsca w świecie, borykając się z wieloma problemami. Kilka razy brałem udział w spotkaniach modlitewnych Odnowy w Duchu Świętym, ale wtedy traktowałem to „z przymrużeniem oka” myśląc sobie, że być może inni potrzebują takich rzeczy, ale ja nie. O wspólnocie i owocach Bożego działania słyszałem od różnych osób, w tym również od mojej żony. Świadectwa wielu ludzi, którzy oddali swoje życie Panu Bogu, ich radość życia i otwartość sprawiły, że przestałem być taki ostrożny i również zapragnąłem, aby moje życie uległo przemianie. Moim pierwszym spotkaniem, na które zdecydowałem się przyjść razem z żoną była pewna Msza Święta chrzcielna. Od tego czasu zacząłem regularnie uczęszczać na wszelkie spotkania modlitewne organizowane przez wspólnotę Miasto na Górze. W trakcie takich spotkań mogłem również bardzo wiele zaczerpnąć z towarzyszących modlitwie nauczań, konferencji. Z czasem przy wsparciu żony i innych bliskich mi ludzi, podjąłem decyzję o większym zaangażowaniu się w działania wspólnoty, oraz o oddaniu mojego życia Bogu.

Jako muzyk musiałem podjąć trudną decyzję, w jakim kierunku zawodowym mam podążać? Do tej pory muzyka była dla mnie czymś bardzo ważnym. Wielokrotnie modliłem się do Pana Boga o wskazanie mi drogi zawodowej. A Bóg odpowiadał. Otrzymałem wiele dobrodziejstw: radość życia, Renię – moją żonę, nowych przyjaciół, stałą pracę zawodową, możliwość stałego realizowania swoich muzycznych pragnień. Okazało się również, że znalazłem swoje miejsce (od czerwca 1992 r.) w diakonii muzycznej, którą prowadzona była przez niesamowitego Bożego człowieka – Andrzeja. Choć wydawało mi się, że sporo wiem, to bardzo dużo nauczyłem się od Andrzeja i do dzisiaj służąc w diakonii jestem mu za to ogromnie wdzięczny.

W sierpniu 1992 roku uczestniczyłem w rekolekcjach letnich, w czasie których przystąpiłem do  spowiedzi generalnej, której udzielił mi Dominikanin Ojciec Joachim Badeni. Sytuacja ta była przełomem w moim nowo rozpoczętym życiu duchowym. Początki mojego stałego zaangażowania we wspólnotę wspominam, jako: uczestnictwo w domowych grupach dzielenia, spotkaniach modlitewnych, nauczaniach, służbę w diakonii muzycznej, rzeczywiste postrzeganie członków wspólnoty, jako moich sióstr i braci w Panu, szukanie sposobności do częstego spotykania się z braćmi w różnych sytuacjach, wzajemne wspieranie się… I tak powolutku wszystko toczyło się dalej.

.
Moje zaangażowanie we wspólnocie właściwie od samego początku wiązała się z wzlotami i upadkami, poczuciem zarówno radości jak i zniechęcenia, któremu w moich upadkach niestety łatwo się poddawałem. Moje życie od zawsze funkcjonowało na zasadach ciągłej pogoni za wiatrem: zarabianie pieniędzy, zabieganie o uznanie i docenienie w środowisku rodzinnym, wspólnotowym, światowym itp. Powoli po latach coraz bardziej zamykałem się w sobie, uciekałem w to, co pozornie wydawało mi się atrakcyjne, przyjemne i bezpieczne. Szczerość zamieniałem na słowa „poprawne”, które każdy chciałby usłyszeć, grzech przysłaniałem tanimi uzasadnieniami lub po prostu zamiataniem „pod dywan”. Jeżeli czasem próbowałem być w moim rozumieniu szczery to nierzadko kończyło się to ranieniem innych. Po prostu moja tzw. szczerość wypływała z mojego egoizmu, którego istnienia nie dopuszczałem do mojej świadomości. Głośną modlitwą wspólnotową w trakcie spotkań oraz różnymi dobrymi praktykami religijnymi tylko zagłuszałem wszechobecny grzech. Czułem, że jest to zewnętrzna przykrywka dla tego, co było wewnątrz mnie, a co w sobie głęboko w sercu chowałem. Czytałem mnóstwo książek, słuchałem głośnej, trudnej muzyki, oglądałem dużo wątpliwej wartości filmów, po prostu karmiłem się różnymi „śmieciami”, byle by tylko nie zajrzeć do swojego wnętrza i za żadne skarby nie zobaczyć i nie usłyszeć prawdy o sobie. Życiowy „hałas” był dla mnie jedynym ratunkiem. Owoce takiej postawy były katastrofalne: smutek, różne lęki, strach, różnego rodzaju ucieczki w pozory, oskarżanie całego świata, chęć karania innych i siebie, całkowity brak wiary w siebie, połączony z częstym użalaniem się nad sobą. Czułem, że po ludzku nie mam już w nikim wsparcia, że po prostu nie jestem już nikomu do niczego potrzebny. Nie zabiegałem też o jakąkolwiek pomoc. Chciałem uważać, że nie wiem jak i gdzie szukać pomocy. Rozmowy z braćmi ze wspólnoty odczuwałem zwykle, jako powierzchowne, ogólne i oczywiste. Uważałem, że okazanie przy moich bliskich słabości jeszcze bardziej mnie pogrąży. Po prostu myślałem po ludzku zamykając się w swoim własnym dobrze obmurowanym i zamaskowanym świecie. Renia na pewno chciałaby mi pomóc, ale również nie wiedziała jak do mnie dotrzeć. Przy takim zamknięciu w sobie trudno owocnie rozmawiać (trudno prosić lekarza o wyleczenie, nie chcąc powiedzieć co mi jest). Nie wiele więc z tego wynikało. Wszystko chowałem w sobie. Bojąc się, kompromitacji, złej oceny, którą z góry zakładałem zacząłem odsuwać się od wielu działań , w których dotychczas uczestniczyłem. Taką postawą, opartą na grzechu udostępniałem sporą przestrzeń do działania złemu duchowi. Czułem się w tym bezsilny. Okłamywanie samego siebie, wydawało mi się w tej sytuacji wygodniejsze. Wewnętrznych „brudów” po prostu nie potrafiłem i nie chciałem dostrzec, a tym bardziej ich analizować czy uporządkowywać. Trudno mi powiedzieć jak długo trwał ten okres, ale bardzo oddaliłem się wtedy od Pana Boga i moich bliskich. Ciągle jednak wiedziałem, wierzyłem, że knotek mojej wiary jeszcze całkiem nie dogasł i ciągle się tli, że to ja się oddaliłem od Pana Boga a nie Pan Bóg ode mnie. Poczułem się jak syn marnotrawny, który w pewnym momencie powiedział Ojcu, że sam sobie poradzi, po czym w oddaleniu roztrwonił majątek i chcąc żywić się strąkami zaczął głodować (duchowo). I to właśnie głód relacji z Bogiem, pamięć i tęsknota za tym, czego wcześniej przed laty doświadczyłem, uświadomiły mi, że wcale nie muszę głodować, że ciągle mam gdzie wrócić.

W momencie, kiedy poczułem, że stoję już nad życiową przepaścią Bóg zadziałał w sposób cudowny. Dowiedziałem się, że ojcowie Jezuici od lat odprawiają rekolekcje, w których uczestniczy się w całkowitej ciszy. Zacząłem się tym interesować. Pomyślałem „teraz albo nigdy”. To czas, który został mi dany i w swojej determinacji zrobię wszystko, skorzystam z każdej sposobności, żeby stanąć w całkowitej szczerości przed Bogiem i samym sobą. Miałem w tym duże wsparcie rodziny. Nie czas i miejsce, aby opisywać cały proces Rekolekcji Ignacjańskich, któremu bezwarunkowo się poddałem i poddaję i który tak naprawdę ciągle trwa. Był to wyjątkowy czas. W ciszy (nie miałem dostępu do telefonu komórkowego, internetu, telewizji, książek, żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym), do której przez pierwsze dni nie mogłem przywyknąć, rozpoczął się niesamowicie trudny proces związany z walką duchową, oczyszczaniem i otwieraniem mojego serca przed Panem Bogiem. Stanąłem odważnie w prawdzie przed Panem. Czasu na modlitwę osobistą i medytację było tyle, że miałem możliwość stopniowego poznania i ujawniania przed Panem Bogiem całej prawdy o sobie. Wiedziałem, że wszystko, co z wiarą wystawię na światło Bożego działania zostanie uleczone, dlatego do samego końca szukałem tego, co w sposób nieuporządkowany mogłoby w głębi mojego serca pozostać niewyleczone i po prostu „gnić” wydając później złe owoce. Po 22 latach po raz drugi w życiu odbyłem spowiedź generalną. Doświadczyłem tego, co do tej pory wydawało mi się niemożliwe. Oddałem Panu Bogu z powrotem miejsce w samym centrum mojego życia i do tego faktu dostosowałem całą resztę mojego życia.

Zacząłem na nowo dostrzegać innych, otaczający mnie świat, szanować i lubić siebie, uczyć się życia w wolności wobec wszystkiego co mnie otacza (rzeczy, pieniądze, opinie, różne sytuacje, różne przyzwyczajenia itp.). Ważne jest również to, że doświadczenie duchowości ingnacjańskiej niesamowicie pomogło i pomaga mi w modlitwie wspólnotowej. Życie we wspólnocie jest dopełnianiem moich relacji z Bogiem i ludźmi i jest bardzo ważnym elementem, filarem mojego życia chrześcijańskiego. Przekonałem się, że w moim życiu spontaniczna głośna, szczera modlitwa wspólnotowa ma swoje miejsce tak samo jak modlitwa medytacji w ciszy (namiot spotkania), o którą codziennie zabiegam rozpoczynając i kończąc każdy dzień. Pragnę również podzielić się moim nowym osobistym odkryciem, jakim jest prowadzenie codziennego rachunku sumienia wg Św. Ignacego Loyoli, który łączę z modlitwą wieczorną. Dzięki odprawianiu codziennego rachunku sumienia mogę każdego wieczoru odkrywać przez Bogiem moje wszelkie poczynania mające miejsce podczas całego dnia, począwszy od myśli, intencji i słów a zakończywszy na czynach. Jest to dar, który otrzymałem i z którego mogę codziennie czerpać a przez to stale uczyć się życia w prawdzie przed Bogiem, a przez to w zgodzie z samym sobą. Wiem, że w tym, co mnie spotkało, mogę nie być odosobniony. To, czego doświadczyłem, przy dzisiejszym tempie życia może dotknąć wiele osób. Bóg działa tak jak chce i w swojej niezmierzonej miłości i wierności, gdy zapukamy do Jego drzwi i poprosimy o pomoc to nigdy nas samych nie zostawi. Osobiście o tym zaświadczam.

Chwała Panu.

~Piotr