logowanie | rejestracja

…dostaliśmy propozycję głoszenia Ewangelii w więzieniu. Od razu pomyślałem: Nie. Ja tam nie pójdę. Przecież siedzą, bo zasłużyli… (Krzysztof)

…dostaliśmy propozycję głoszenia Ewangelii w więzieniu. Od razu pomyślałem: Nie. Ja tam nie pójdę. Przecież siedzą, bo zasłużyli… (Krzysztof)

Jestem Krzysztof.

Mam 48 lat. Jestem żonaty. Mam trójkę dzieci – trzy córki. Na co dzień jestem pracownikiem Poczty Polskiej i, jak to mówi moja przełożona, mam misję listonosza. Urodziłem się i wychowywałem w tradycyjnej katolickiej rodzinie: mama goniła mnie w niedzielę do kościoła, potem raz w tygodniu na religię do salki katechetycznej. Tam obrywałem od proboszcza, a potem od mamy i taty, kiedy dowiedzieli się od tegoż proboszcza, jaki ze mnie gagatek. W wolnych chwilach słuchałem bardzo dużo muzyki. To zainteresowanie doprowadziło do mojej “ucieczki” z domu na festiwal do Jarocina. Miałem wtedy 14 lat. Tam poznałem wielu ciekawych ludzi i wiele subkultur. Z jedną związałem się na dłużej. Ta polsko-hippisowska subkultura zaimponowała mi swoją otwartością, miłością, braterstwem i głoszeniem pokojowych haseł. Wtedy ostatni raz byłem u fryzjera. Zacząłem regularnie, co miesiąc jeździć na zloty, które za każdym razem odbywały się w innym mieście, a tam poznałem inne rzeczy, które były wpisane w tą subkulturę: narkotyki w każdej postaci łączone z alkoholem. Teraz po latach mogę powiedzieć, że mocą Bożą chroniony, nigdy nie wciągnąłem się w żadne używki oprócz papierosów.

Na każdym zlocie pojawiał się ks. Andrzej Szpak. Głosił miłość Boga, odprawiał Msze Święte, spowiadał, a nawet, co roku organizował pielgrzymki. Poświęcił się tej służbie bezgranicznie. Temu księdzu udało się pobudzić mnie do zastanawiania się nad moim życiem. Dlatego starałem się żyć poprawnie., byłem raczej grzeczny, uprzejmy, uczynny… Ale moją cechą charakterystyczną było to, że zawsze (prawie) miałem odmienne zdanie od innych ludzi.

Po szkole zawodowej poszedłem do szkoły średniej. W ciągu dnia chodziłem do szkoły a wieczorami do pracy, bo w domu się nie przelewało. W tym czasie odezwali się do mnie moi znajomi ze szkoły zawodowej i zaczęli mnie zapraszać na spotkania modlitewne do kościoła w Aleksandrowicach. Podchodziłem do tego raczej sceptycznie, bo moje relacje z Kościołem rozmyły się już zupełnie. Po prostu nie dostrzegałem w Kościele prawdziwej obecności Boga. Widziałem tylko nabożeństwa, Święta, Msze różne obowiązki, mnożenie warunków potrzebnych do zbawienia, brak prawdziwego nauczania. Po prostu brak życia. Dlatego też nie paliłem się do pójścia na spotkanie do kościoła. Jednak moi koledzy nie dawali za wygraną. Namawiali i namawiali. W końcu wpadłem na pomysł, żeby poprosić moją dziewczynę żeby ona poszła, a później zdała mi relację.

Tak też się stało – dała się namówić, a potem opowiedziała mi co zobaczyła, ale i tak mnie tym nie przekonała. Na kolejne spotkanie ona poszła już bez moich zachęt, a potem na kolejne i kolejne… W końcu zdecydowałem się pójść z nią – przynajmniej spędzimy razem czas. Co zobaczyłem na spotkaniu? ŻYCIE! W kościele jest życie! Ludzie żyją! Zacząłem regularnie chodzić na spotkania. To jednak nie było wszystko. Moi koledzy nadal nachodzili mnie i zachęcali mnie abym oddał swoje życie Jezusowi. Nie było im łatwo. Nie wiedziałem cóż takiego miałoby się zmienić w moim życiu? Przecież ja jestem dobrym człowiekiem. Co złego z mojego życia odbierze mi Bóg, kiedy pójdę za nim? Wiem, wiem, myślisz PYCHA. No właśnie tak. Ale kto widzi swoją pychę? Ja nie widziałem.

Co się stało, że wtedy na poddaszu uklęknąłem? Nie wiem. On – Bóg – to zrobił. Usłyszałem słowa w sercu „Ja cię stworzyłem, nie po to abyś umarł, ale żył na wieki”. W prostej modlitwie na kolanach oddałem Mu swoje życie i prosiłem Go, aby zmieniał mnie i moje myślenie. Szału i fajerwerków przy tym nie było. Bo tak naprawdę to był dopiero początek historii, którą wtedy rozpoczął ze mną Jezus.

Teraz po tych 24 latach stwierdzam, że Bóg w swojej miłości ma w stosunku do mnie wielką cierpliwość. Zmienia mnie, ale przede wszystkim widzę, jak utwierdza mnie na drodze, na którą wkroczyłem dzięki Jego łasce. Bo to On mnie wybrał a nie ja Jego. Z każdym rokiem widzę coraz większe przywiązanie do Niego. Czuję coraz większą potrzebę wypełniania Jego słów, które mówi do mnie przez Biblię. Coraz mocniej słyszę Jego słowa „To Ja cię wybawiłem, to Ja umarłem za twoją pychę”. Pokazuje mi, że nie muszę już tak bardzo się starać, aby być dobrym człowiekiem, bo tylko, jeśli On będzie na tronie mojego życia i między nami nie będzie nikogo ani niczego, to wszystko to, co czasem bywa trudne stanie się rozwiązywalne i łatwe. On znajdzie rozwiązania. Zabiera mi moje uprzedzenia, wyrzuca moje szufladki, w których chętnie segregowałem ludzi, oceniając i osądzając ich postępowanie.

Takim przykładem Jego ingerencji i działania w moim życiu jest niedawna zmiana mojego myślenia. Bardzo radykalna. Zawsze miałem ugruntowane zdanie o ludziach, którzy przebywają w więzieniach. Myślałem: zbłądzili, złamali prawo – mają za swoje, niech siedzą. Niedawno razem z kilkoma braćmi dostaliśmy propozycje głoszenia Ewangelii w więzieniu. Od razu pomyślałem: Nie. Ja tam nie pójdę. Przecież siedzą, bo zasłużyli. Ja więzienie omijam z daleka. Kiedy tylko mam czas słucham sobie różnych konferencji, wykładów w Internecie i akurat trafiłem wtedy na kazanie ks. Leszka Czyża o tym, jak Jezus rozmawiał z Samarytanką. Znałem tą historia. Ale zwróciłem uwagę na jeden fragment wypowiedzi księdza: „Żydzi podróżując z Galilei do Judei musieli przejść przez Samarię, ale tak nie lubili Samarytan, że przekraczali Jordan nadkładając dwa dni drogi, aby ominąć Samarie”. Dokładnie tak traktowałem więzienia i więźniów. A co zrobił Jezus? Wszedł w sam środek Samarii a w dodatku rozmawiał z kobietą. Pomyślałem: co chcesz mi Boże powiedzieć? Jeśli chcesz żebym poszedł do więzienia, to nie wystarczy mi historia Samarytanki. No i usłyszał Bóg moje gderanie i oczywiście odmienne zdanie. Kiedy wieczorem czytałem biblie trafiłem na list do Hebrajczyków (Hbr 13.1-3) „Niech trwa braterska miłość. Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę. Pamiętajcie o uwięzionych, jakbyście byli sami uwięzieni, i o tych, co cierpią, bo i sami jesteście w ciele”. Szybka odpowiedź Boga rozwiała moje wątpliwości i zmieniła moje nastawienie do uwięzionych. A na potwierdzenie, że to był Boży znak nie czekałem długo. W pierwszym więzieniu po wyznaczonym spotkaniu podszedł do mnie jeden z więźniów, wytatuowany gdzie tylko się dało i powiedział „wiem, że słusznie siedzę, bo zabiłem dwoje ludzi i chyba już stąd nie wyjdę, ale, dzięki, że przyniosłeś mi nadzieje na inną wolność”, po czym ścisnął mnie ramionami w przysłowiowego miśka i płakał. Kolana trzęsły mi się okrutnie ze strachu, ale dziękowałem Bogu, że mogłem tam być.

Przez cały ten czas, od kiedy oddałem Bogu swoje życie, On wzywa mnie do wytrwałości. Przede wszystkim do wytrwałości w poznawaniu Jezusa. A mogę to robić tylko przez czytanie Słowa Bożego i modlitwę. Bóg wlewa w moje serce pragnienie czytania Jego Słowa. Tam odnajduję miłość i jedyną drogę, którą jest Jezus Chrystus. Bo tylko w nim mam zbawienie. Nie jestem świętym człowiekiem chodzącym 5 cm nad ziemią. Wiadomo upadam, co chwila, ale teraz wiem, że moje grzechy wziął na krzyż mój Zbawiciel i obmył mnie swą krwią.

Jestem Krzysztof.

Dlaczego „jestem” a nie po prostu “mam na imię”? Może dla ciebie to nic wielkiego. Mnie mobilizuje i jest dla mnie wyzwaniem. Krzysztof po prostu znaczy „Niosący Chrystusa”. I taki po prostu chcę być. A słowo “jestem”, jest mi bliższe niż “mam na imię”, które brzmi trochę jak przyklejone. Jezus też powiedział „Ty jesteś Piotr” a nie masz na imię Piotr. Tego się trzymam.

Jestem Krzysztof.