logowanie | rejestracja

Moja wspólnota (Roman)

Moja wspólnota (Roman)

Moja wspólnota

Historia mego nawrócenia rozpoczęła się kilkanaście lat temu. Poznałem Pana Jezusa, a On obdarzył mnie hojnie już od samego początku. To co zrobiło na mnie największe wrażenie: nowa bliska relacja z Jezusem, modlitwa językami, bogactwo Biblii – zostało okraszone miłością braterską świeżo poznanych ludzi. Otwartość i bezinteresowność sprawiły, że spędzałem w ich towarzystwie coraz więcej czasu, coraz lepiej poznając wspólnotę i doświadczając jej błogosławionego wpływu na moje życie. Uzyskałem niewyczerpane źródło wiedzy o Bogu, Jego miłości, zbawieniu, Słowie Bożym. Zdałem sobie sprawę jak niewiele wiedziałem dotąd o sprawach mających kapitalne znaczenie dla mojego życia. Wtedy nie zastanawiałem się nad bogactwem, jakie było mi dane poprzez uczestnictwo w życiu wspólnoty. Przyjmowałem to jako normę i z właściwą studenckiemu wiekowi spontanicznością szybko uznałem, że wspólnota to miejsce, którego nie opuszczę aż do końca życia! Byłem zapraszany na spotkania Przymierza, czasem nawet te zamknięte, chodziłem na spotkania grup dzielenia, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby opuścić spotkanie środowe. Oprócz tego było mnóstwo okazji do spotkań, wycieczek, imprez, solidarnej pomocy przy remontach, przeprowadzkach, drobnych naprawach. Miałem wrażenie jakby moja rodzina nagle powiększyła się kilkakrotnie. Byłem szczęśliwym człowiekiem. Znajdowałem się wśród życzliwych, pełnych miłości osób. Pamięć o tym wspaniałym okresie jest cały czas we mnie żywa, choć później spadło na mnie kilka trudnych doświadczeń.
Najpierw ze wspólnoty odszedł mój animator, potem brat z grupy dzielenia, jeden z moich przyjaciół przestał chodzić na spotkania. Czasem się widywaliśmy, ale to już nie było to samo. Rozmowy się nie kleiły, pojawiały się konflikty, niepotrzebne słowa. Duchowość wspólnoty zaczęła się zmieniać. Wszystko było nie tak. Przestałem chodzić na spotkania środowe – pojawiałem się tam tylko czasami. Jedynym łącznikiem ze wspólnotą pozostała grupa domowa. Taki stan rzeczy trwał kilka lat. Z jednej strony starałem się ze wszystkich sił utrzymać żywą wiarę – modliłem się, czytałem Słowo Boże, a z drugiej nie mogłem pozbyć się smutku i pretensji, jakie zalęgły się w mojej duszy. Byłem wdzięczny Wspólnocie za nawrócenie, a jednocześnie nie potrafiłem się z nią utożsamiać. Byłem obcy. Pewnego razu spotkałem w Arce Leszka Malinowskiego:
– Co słychać?
– Dobrze…
– Hmm… To niedobrze…
Niby żart, a dało mi to trochę do myślenia. Ale cóż było robić?! Moja ukochana wspólnota już nie istniała. W każdym razie nie taka, jaką pamiętałem… Postanowiłem „kręcić się” na obrzeżach wspólnoty. Jasne, że to nie było rozwiązanie, ale nic lepszego nie przychodziło mi do głowy. Dalej chodziłem na grupę, rzadko na „środę”. Musiało wystarczyć. Nie było mi z tym dobrze. Zakosztowawszy wcześniej odrobinę pełniejszego życia męczyłem się okrutnie, ale nauczyłem się tak żyć. Z czasem „rana” przestała krwawić, a „blizna” choć skrzętnie skrywana, stała się wręcz powodem do gorzkiej dumy. Właściwie nie dotykana prawie nie bolała, chociaż w środku pełna była goryczy i nieprzebaczenia.
– Widzisz jak cię skrzywdzono – szeptał wewnątrz mnie ktoś na kształt Golluma – ale zobacz jak sobie świetnie radzisz! Mimo wszystko. Wcale nie potrzebujesz już wspólnoty.
W głębi serca wiedziałem, że to brednie. Naprawdę starałem się. Modliłem się, chodziłem na grupy, dzieliłem się Słowem. Pewnego razu nasz animator namówił całą grupę na wyjazd wspólnotowy. Pojechałem do Orionówki i poznałem dziewczynę. Co prawda tego dnia nie udało mi się z nią umówić, ale miałem dodatkową motywację, żeby zacząć pojawiać się na spotkaniach środowych. Nieco ponad rok później wzięliśmy ślub, a ja byłem już stałym uczestnikiem spotkań środowych. Stawaliśmy zwykle z tyłu, koło konfesjonału, albo przynajmniej za filarem. Stopniowo uczyłem się nowych pieśni, spotykałem nowych ludzi. Najbardziej nie lubiłem zwyczajowego witania się na początku. Nawet wpadłem na to, że gdyby tak się nieco spóźnić…
Ale do rzeczy. Na zewnątrz nie odbiegałem już wtedy od przeciętnego członka Ruchu. Pewnego razu mój animator zaproponował mi żebym poprowadził grupę dzielenia. Pamiętam, że było to dla mnie zaskoczeniem, ale i ogromną radością. Bardzo byłem wdzięczny za zaufanie, choć czułem, że nie jestem godzien. Kto wtedy mógłby się spodziewać, że pod maską, którą nosiłem, nadal kryła się gorycz. Tak czy inaczej, starałem się bardzo być dobrym animatorem.
W 2006 roku moja żona zaproponowała mi wyjazd na rekolekcje. Tam usłyszałem konferencję Andrzeja Soleckiego na temat miłości do wspólnoty:
– Ostatnią, najbardziej dojrzałą formą miłości do wspólnoty jest Agape, miłość bezinteresowna- powiedział Andrzej i to było zdanie, które z czasem zaczęło leczyć resztki mojej przewlekłej choroby. Zrozumiałem, że nie może być żadnego wytłumaczenia dla moich zgorzkniałych uczuć i że Bogu zależy, żebym wreszcie się ich pozbył.
Z czasem było coraz lepiej. Uczestniczyłem coraz częściej w rekolekcjach, wyjazdach, „środach”. Zacząłem prosić Boga o służbę. Wreszcie potrafiłem na nowo, w pełni, utożsamić się ze wspólnotą, do której należałem już od ponad 10 lat.
Na koniec jeszcze kilka zdań na temat tegorocznych rekolekcji. Jak co roku zapisałem się wcześniej i muszę przyznać, że w miarę zbliżania się terminu wyjazdu, coraz mniej we mnie było ochoty i entuzjazmu na myśl o tygodniu spędzonym w Ustroniu. W głowie pojawiało się coraz to nowe wątpliwości. Zacząłem odkrywać coraz więcej alternatywnych sposobów na spędzenie cennego czasu urlopu. Gdybym uległ wątpliwościom, być może zdobyłbym Rysy, o czym marzę od kilku lat, może spędziłbym wspaniały tydzień nad jednym z pięknych jezior Pojezierza Słowińskiego, albo zwiedziłbym pojezierze Suwalskie i Wilno. Kto wie, może ten czas byłby wyjątkowy i niezapomniany. Być może…
Wybrałem rekolekcje i choć spędziłem je w Ustroniu, w miejscu które znam „wylot”, w schronisku młodzieżowym, któremu daleko do luksusów, nie żałuję. Zrozumiałem dopiero teraz, że nie każdy może spędzić swój urlop w tak doborowym towarzystwie. Wśród ludzi, którzy kochają Boga, otwartych, szczerych. Tak wiem, niestety mamy wady. Jak wszyscy. Nie trzeba mi o tym przypominać. Wiem jednak również, że Pan Bóg postawił mnie w tej wspólnocie nieprzypadkowo. Że dzięki niej wiele się dowiedziałem i zrozumiałem. Teraz już inaczej patrzę na Boga, Jego miejsce w moim życiu i w świecie. Wiele z tej mądrości zostało mi przekazane właśnie na rekolekcjach, poprzez nauczanie, zwykłe rozmowy, czy po prostu obserwację innych ludzi. Myślę, że nie jest nadużyciem stwierdzenie że to sam Pan Bóg organizuje rekolekcje. Nie można pozwolić, aby dobro, którym On nas obdarza przeszło obok. Jest to wspaniały czas, dany nam, aby cieszyć się obecnością Najwyższego i uczyć się Jego dróg.

Dziękuję Ci Duchu Święty, że również tym razem pomogłeś mi podjąć właściwą decyzję!

Roman