logowanie | rejestracja

Gdy ją odwiedziłam w szpitalu zobaczyłam roślinkę, która prawdopodobnie nie słyszy, nie rozumie, nie reaguje… (Aśka)

Gdy ją odwiedziłam w szpitalu zobaczyłam roślinkę, która prawdopodobnie nie słyszy, nie rozumie, nie reaguje… (Aśka)

Mieszkam w cudownym miejscu. Zachwycające krajobrazy, wszędobylska zieleń, drzewa… To wszystko może nie było by tak zachwycające gdyby nie ludzie, wśród których przyszło mi żyć – serdeczni, troskliwi, piekący chleb również dla sąsiadów, bo „tak jakoś ciasto wyrosło niespodziewanie…”. Wśród nich Pani Usia. Gdy ją poznałam była już starszą, ale jakże piękną kobietą. Mówiono: „była niegdyś najpiękniejsza w okolicy”. Dzieląc z nią płot wkrótce zrobiliśmy w nim wyłom montując sprytne przejście by było bliżej i by można było po prostu stanąć w drzwiach. Jej ogród stał się i naszym ogrodem, a nasz pies i jej psem. Spędziłam niejeden wieczór wysłuchując pasjonujących opowieści o życiu pani Usi, oglądając pamiątki z wypraw do Indii, Iraku i wielu innych niedostępnych mi zakątków świata. To nie była zwykła staruszka, która wszystko już przeżyła i która już nie należy do tego świata. Wciąż była poszukiwaczem. Patrzyłam, jak jej ciało coraz bardziej wygina bolesny Parkinson, który nie pozwala już na wspólny wyjazd na lody… wspólne zakupy… wyjazd do ukochanych z bukietem przecudnych kwiatów… wspólną herbatkę w ogrodzie… wyjście do ogrodu… wyjście na balkon… wyjście z łóżka…

Prócz kochającej ją rodziny w jej domu zamieszkały również całodobowe opiekunki. Ale Pani Usia nie przestała poszukiwać. Pasjonujące, światłe życie nie przefiltrowało jeszcze irracjonalnego Boga. Może był zbyt prosty, może jego filozofia zbyt zwykła, pozbawiona egzotyki… Nie bała się zadawać pytań o Niego, gdy opowiadałam jej o moim przeżywaniu życia, o moim nawróceniu, życiu we wspólnocie.

W końcu nadszedł ten dzień . Wezwane przez rodzinę pogotowie nie chciało nawet przyjechać, „to ten czas, pozwólcie jej po prostu odejść”. Dopiero zawieziona przez bliskich pod drzwi szpitala została do niego przyjęta, bo nie można odesłać w takiej sytuacji. Gdy ją odwiedziłam w szpitalu zobaczyłam roślinkę, która prawdopodobnie nie słyszy, nie rozumie, nie reaguje. Karmiona była sondą, bo nie pracowały już żadne jej mięśnie. Rokowania – żadne. Czekanie na koniec.

To była dla mnie niecodzienna sytuacja. Mimo zapewnień , że moja wizyta raczej nie ma dla niej znaczenia, postanowiłam jednak, że spędzę z nią czas jak dawniej. Usiadłam i głaskając jej dłoń zaczęłam zwykłą opowieść o tym, co kocha – o naszym piesku, który sprawiał jej tyle radości, o ogrodzie, który niezmiennie zachwycał, o tym jak to będzie… i wtedy zdałam sobie sprawę, że raczej nie będzie. Że zachowuję się jak większość, bojąc się mówić, że może będzie śmierć. Mówiłam dalej o ogrodzie, ale już tym niebiańskim, które Bóg przygotował i dla niej, bo przecież kocha i tęskni, i uczynił ją tak piękną by zachwycała na nowo już tam w raju. I wtedy stało się coś, co nie mogło się stać – rośliny bowiem nie płaczą. Pani Usia wbiła we mnie wzrok, a po policzkach spływały jej łzy. Słyszała! Nie planowałam tego, ale czułam, że muszę jej mówić o Bogu, o tym, że być może będzie z Nim już niedługo. Wiedziałam jednak, że nie zakończyła jeszcze swoich poszukiwań…

Pismo Święte mówi:”Bo jeśli ustami swymi wyznasz, że Jezus jest Panem i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wskrzesił Go z martwych zbawiony będziesz” Rz 10,9,  ale przecież ona nie mówi, nie poruszała się nawet najmniejsza kosteczka jej dłoni, podczas gdy tak długo ją głaskałam. Poczułam jednak jakby głos Boga „Chcę żebyś ją zapytała, czy wyznaje mnie za swojego Pana i Zbawiciela”. To nie było logiczne! Nie chcę się wygłupić! Jednak wbrew swoim odczuciom zapytałam ją: „Czy przyjmuje Pani Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela?” i zażądałam odpowiedzi „Niech pani odpowie.” I wtedy ona wyraźnym głosem odpowiedziała „TAK”. Obecność i moc Boga objawiła się tak mocno, nie wiedziałam co o tym sądzić. Zostałam i śpiewałam jej po prostu moją ulubioną pieśń „Już teraz we mnie kwitną te ogrody, już teraz we mnie Twe królestwo jest”. Pełna emocji musiałam jednak zakończyć wizytę. Pani Usia zamknęła oczy i zasnęła. Nie wydarzyło się nic więcej.

Następnego dnia znowu udałam się do sąsiadki – to przecież jej ostatnie dni… Zastałam panią Usię śpiącą – jak wczoraj. W sali panowała jednak ożywiona atmosfera. „Dlaczego nie zostawiła nam pani swojego telefonu?” – usłyszałam – „Zadzwonilibyśmy do pani, żeby tu pani natychmiast wracała. Co tu się działo po pani wyjściu!”. Słuchałam zaskoczona, nie rozumiejąc, o co chodzi. Pacjentka z sąsiadującego łóżka zaczęła opowiadać, że parę minut po moim wyjściu Pani Usia odwróciła się do niej i zapytała ją o imię, zadawała jeszcze pytania o rodzinę, o to czy wie, kiedy opuści szpital. To był szok! Przecież jeszcze przed chwilą była jak nieżywa, niereagująca na żadne bodźce, a taki stan utrzymywał się przez wiele dni. Wezwany personel medyczny nie wiedział, co się dzieje. Wtedy Pani Usia poprosiła o przyniesienie jej krzyża. Nie mając jednak takiego pielęgniarki przyniosły jej z kaplicy szpitalnej obrazek z wizerunkiem cierpiącego Jezusa. Ona chwyciła go w dłonie, które przecież przez tak długi czas były zupełnie bezwładne, i tak zaciskając mocno na piersi zasnęła. Parę dni później sąsiadka opuściła szpital. Jeszcze tego samego lata siedziałyśmy razem w ogrodzie – tym ziemskim. Odeszła dopiero niecałe 2 lata po tym wydarzeniu z pewnością wtedy już do niebiańskiego ogrodu. Wszyscy, którzy byli blisko tego wydarzenia nie nazywali go inaczej jak cudem. Bóg chciał, byśmy ujrzeli w Jego moc, ale by tak się stało musiałam porzucić swoje racjonalne myślenie i uwierzyć, że On jest ponad tym. To nie moje słowa podniosły do życia Panią Usię, zrobił to Duch Boży, który z jakichś sobie znanych powodów pozwolił mi brać w tym udział. Chciał, żebym i ja dostrzegła Jego moc i nauczyła się nie lekceważyć jego głosu.

~Aśka