logowanie | rejestracja

Wyobrażałam sobie Pana Boga jako poważnego, starszego pana, który za bardzo się nie uśmiecha, tylko łypie okiem i patrzy z góry. I generalnie jest i pomaga, ale trzeba robić dużo dobrych uczynków, żeby był zadowolony, bo łatwo Go można obrazić… (Asia)

Wyobrażałam sobie Pana Boga jako poważnego, starszego pana, który za bardzo się nie uśmiecha, tylko łypie okiem i patrzy z góry. I generalnie jest i pomaga, ale trzeba robić dużo dobrych uczynków, żeby był zadowolony, bo łatwo Go można obrazić… (Asia)

Trudno jest napisać parę słów o miłości Pana Boga. Bo albo można mówić o niej w nieskończoność, albo wcale, rozpływając się tylko w milczeniu, bo aż brakuje słów by wyrazić jak On jest dobry! Nie zawsze byłam o tym przekonana. Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie Pana Boga jako poważnego, starszego pana, który za bardzo się nie uśmiecha, tylko łypie okiem i patrzy z góry. I generalnie jest i pomaga, ale trzeba robić dużo dobrych uczynków, żeby był zadowolony, bo łatwo Go można obrazić. A kiedy dodatkowo usłyszałam, że Pan Bóg jest Ojcem a my wszyscy Jego dziećmi, to już w ogóle widziałam Go tylko jak swojego ziemskiego tatę. A że niestety mój tata jest trochę trudny i nigdy nie miałam z nim zbyt dobrych relacji, to Pan Bóg istniał w mojej głowie jako surowy ojciec, który raczej nie przytuli i nie powie dobrego słowa, bo też nie za bardzo interesuje go co tam u mnie.

Dlatego bardzo modliłam się o miłość. O to, żebym mogła nie tylko słyszeć zewsząd, że Pan Bóg jest Miłością, ale żebym ją mogła odczuć. Żeby mnie tą miłością wypełnił tak do głębi, by aż się przeze mnie przelewała i mogła rozlewać na innych. To były długie lata modlitwy. Ale Pan Bóg dobijał się do mnie z tą prawdą na różne sposoby, przez różnego rodzaju konferencje, komentarze, rekolekcje, spotkania, zasłyszane słowa, ale przede wszystkim przez Jego Słowo. Wryło mi się w pamięć to, co kiedyś powiedział biskup Grzegorz Ryś: „Pan Bóg nie jest jak Ojciec. Pan Bóg JEST Ojcem”. Dużo uświadomiły mi też konferencje o. Adama Szustaka, w których ciągle powtarzał, że Pan Bóg nas kocha zupełnie za nic, że naprawdę nie musimy niczym zasługiwać na Jego miłość. Że On jest naszym Ojcem, bo możemy jak dzieci zaufać Mu bezgranicznie i cokolwiek nie przeskrobiemy, On i tak będzie nas kochał, nie potrafi nawet inaczej. I tu wcale nie chodzi o to, że możemy w takim razie grzeszyć bez skrupułów i robić co się nam żywnie podoba, bo On i tak wybaczy. Chodzi o to, że znając Jego miłość, nawet nie będziemy chcieli robić tych złych rzeczy, żeby Go nie ranić. Zupełnie jak w relacji z ukochaną osobą. A całkowitą rewolucją było dla mnie to, co przeczytałam w Dzienniczku św. Faustyny. W czasie jednego z objawień Pan Jezus powiedział jej, że gdyby zebrać grzechy wszystkich ludzi z całego świata i z całej historii, od początku dziejów aż do teraz i zanurzyć je w morzu Jego miłosierdzia, to te grzechy byłyby tylko kropelką. Jak to?! Przecież moich grzechów jest ogrom, a Pan Jezus mówi, że zło całego wszechświata jest dla Niego kropelką? No bo On tak właśnie kocha.

Od tamtej pory nie potrafię powiedzieć do Pana Boga inaczej niż „Tato”. I chcę być właśnie takim zupełnie bezradnym dzieciakiem, który sam z siebie nic nie może i z każdą sprawą biegnie do Niego wołając o pomoc, z przekonaniem, że (jak to najlepszy Tata) wie wszystko. Od dłuższego czasu piszę też do Niego listy i czasem mam lekkie obawy czy za bardzo nie przeginam. Bo na początku zaczynałam od „Drogi Boże”, „Ukochany Panie”, a teraz już leci tylko „Kochany Tatku”, „Najdroższy Tatusieńku” a kończę słowami: „Ściskam Cię i całuję, Twoja Asieńka”.

Miałam to szczęście, że kiedyś Pan Bóg pokazał mi się w życiu, ucieleśnił jako Ojciec. To było 4 lata temu, w Poznaniu. Mieszkałam tam przez 3 miesiące, bo brałam udział w stażu studenckim w jednej z tamtejszych firm. Te 3 miesiące nazywam zmasowanym atakiem miłości Pana Boga na mnie, bo każdy dzień był tam naprawdę niezwykły. Pojechałam sama do zupełnie obcego miasta, nie znając nikogo, a On zatroszczył się o wszystko: o mieszkanie, o spotykanych ludzi, o pracę. Codziennie mnie prowadził, naprawdę podpowiadał gdzie iść i jaką decyzję podjąć, a kiedy w trudniejszych chwilach chciało mi się płakać, aż słyszałam w głowie Jego: „Asia, no co Ty, przecież Jestem! Wcale nie jesteś tu sama!”. Mogę opowiadać o tamtych dniach godzinami! W Poznaniu zawsze lubiłam chodzić w niedzielę do tego samego kościoła, na tę samą Mszę, bo za każdym razem było na niej bardzo dużo dzieci. Uwielbiałam je obserwować. Co tydzień pojawiała się tam m.in. mama z małym chłopczykiem, którego przywoziła w wózku. Przez te 3 miesiące mogłam patrzeć jak ten mały się zmienia, jak rośnie, jak mama usilnie motywuje go, żeby leżał na brzuszku i uczył się podnosić główkę. Ta mama zawsze pojawiała się tylko z tym synkiem. Aż pewnej niedzieli zjawił się i tata. I to był taki potężny, konkretny tata – duży i silny facet. Kiedy ten chłopczyk zapłakał, tata wziął go takiego maleńkiego w swoje wielkie, męskie łapy i przytulił do piersi a jego główkę przyłożył do policzka. Zwariowałam, jak to zobaczyłam. Miałam ochotę zostać tam na wieki i tylko gapić się na ten cud. Tak niesamowicie ciepło zrobiło mi się na sercu, a w głowie pojawiła się myśl: „Panie Boże, to Ty mnie tak właśnie tulisz do siebie i tak się troszczysz? I takim jesteś Tatą? Ty naprawdę tak kochasz?”. Nawet nie w tym samym dniu, ale dzień później, kiedy wróciłam do mieszkania, otworzyłam Pismo Święte tak jak się tego nie robi, czyli na „chybił trafił”. Księga Ozeasza – wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam, że taki prorok istniał. To co rzuciło mi się w oczy i co przeczytałam zszokowało mnie zupełnie. Oz 4, 11: „Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu (…)”. Przecież to był opis kropka w kropkę tego, co zobaczyłam w kościele. Aha. Czyli Ty tak właśnie kochasz.

Mam wrażenie, że jestem Jego najbardziej rozpieszczonym dzieckiem, bo codziennie zasypuje mnie mnóstwem cudów. Najbardziej lubię, kiedy Jego miłość objawia się w drobnostkach. I to niekoniecznie wtedy kiedy wszystko się układa, ale wtedy kiedy mam gorsze dni i wydaje mi się, że już gorzej nie będzie. Wtedy przychodzi w spotkanych „przypadkiem” osobach, w prostych uśmiechach dzieci, w delikatnych gestach. Muszę uważać tylko, kiedy mówię głośno o Tacie, bo przecież nie każdy rozumie to tak samo. Na przykład kiedy słyszałam pytania: „jak Ci się udało tak szybko po studiach znaleźć taką porządną pracę w Bielsku?”, odpowiadałam: „Tata mi załatwił”, zapominając, że ktoś może mieć na myśli trochę inne układy J

Bardzo polecam, żeby modlić się o doświadczenie miłości Taty. Ona jest całkowicie niepodważalna i bezgraniczna! Właśnie te najbliższe dni są okazją do tego, żeby znowu spróbować sobie uświadomić jak bardzo jesteśmy ukochani. Wszyscy! Choć i tak wydaje mi się, że gdybyśmy chociaż w 1% pojęli jak bardzo nas Pan Bóg kocha, to umarlibyśmy – z miłości właśnie. Bo skoro On najpierw stworzył nas najcudowniej jak potrafił, a potem oddał się w nasze ręce i dał się ZABIĆ, żeby nas uwolnić z każdego zniewolenia, to jak można wątpić w taką miłość? Albo co jeszcze trzeba zrobić, żeby w nią uwierzyć?

~Asia