logowanie | rejestracja

ŚWIADECTWA

W styczniu 2010, w Hałcnowie miało się odbyć coroczne spotkanie dla osób służących w różnych grupach i diakoniach w naszej wspólnocie. Program typowy dla tego typu „zgromadzeń”: konferencje, wymiana osobistych doświadczeń w kilkuosobowych grupach, wspólne posiłki, modlitwa wspólna i indywidualna…

Jak to zwykle bywa, przed takimi wyjazdami spiętrzyło mi się wiele różnych problemów mających mnie „przekonać”, że nie mogę tam pojechać. Mówiłem sobie: Przecież czeka mnie tyle niecierpiących zwłoki spraw. Akurat teraz pojawiło się tyle szczególnie niekorzystnych okoliczności i w ogóle, nie mogę sobie na to pozwolić, znajdując się w tak „trudnej życiowej sytuacji”. I na dodatek pojawiające się myśli: „Po co tam pojedziesz? Znowu to samo, ci sami ludzie, te same sprawy. Może lepiej usiądź sobie gdzieś spokojnie, pomódl się, odpocznij, tego ci trzeba! Zasłużyłeś na chwilę dla siebie.”

Nauczony jednak wieloletnim doświadczeniem wiedziałem, że jeżeli takie myśli kłębią mi się w głowie, to tym bardziej powinienem jechać i spodziewać się wielkich dzieł Bożych. Tak więc pojechaliśmy z żoną (z lekkim opóźnieniem i w nie najlepszych nastrojach). Już podczas pierwszego sobotniego spotkania w małej grupie, sytuacja zaczęła rozwijać się dość spontanicznie. Gdy dzieliliśmy się doświadczeniami związanymi z modlitwą i życiem codziennym, w sposób zupełnie naturalny zrodziło się w sercach pragnienie wzajemnej pomocy. Wszyscy wiedzieliśmy doskonale, co zrobić i już po chwili stojąc modlimy się, najpierw o mnie, a następnie o kolejne osoby z naszej małej grupy, które o to prosiły. Niby nic się nie wydarzyło, ale ja wiedziałem, że jednak coś się stało, chociaż nie do końca byłem świadom wszystkiego. Po tej modlitwie z nową wyrazistością dotarło do mnie, że Bóg – nasz Ojciec w różnorodnych trudnych doświadczeniach życiowych, które przeżywałem w ostatnich miesiącach, przeprowadzał mnie przez „ogień”. Zachęcał mnie nie tylko do całkowitego zdania się na Niego samego, nie tylko do faktycznego zaufania jego miłości, ale również do mojej stuprocentowej aktywności. Nie mogę pozwolić sobie na bycie widzem w teatrze mojego życia. To również ja muszę walczyć, wytrwale i z zapałem „przeć”do przodu, wzrastając jednak w świadomości, że to wyłącznie z Niego pochodzi każdy mój ruch i tak naprawdę to On jest tym, który działa, pomimo mojej grzeszności i nieprzydatności.

Następnego dnia w niedzielny poranek, przeżyłem radosne zaskoczenie. Przez kilka poprzednich miesięcy miałem problem z bólem palca w prawej ręce. Systematycznie narastała w nim od wewnątrz, twarda jak kość narośl i ból stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Miałem już nawet problemy ze zginaniem tego palca. Zacząłem myśleć, że konieczna będzie jakaś interwencja chirurgiczna. Na kilka dni przed tym wyjazdem problem się nasilił i zacząłem intensywnie wołać do Boga o pomoc, ale miałem raczej na myśli jakieś stopniowe ustąpienie problemu, a nie spektakularną interwencję. Podczas wspomnianej już, sobotniej modlitwy w grupie zapomniałem o tym palcu i przypomniałem sobie dopiero w samochodzie w drodze na niedzielne spotkanie wspólnoty. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zdałem sobie sprawę, że nie odczuwam bólu. Z niedowierzaniem nacisnąłem na miejsce, gdzie wcześniej była „bolesna” narośl – całkowite zaskoczenie, żadnego bólu i żadnej narośli. Niedowierzanie zmieniło się w radosną wdzięczność. Uświadomiłem sobie, że po raz kolejny zostałem uzdrowiony!

Oczywiście, można powiedzieć, że to przypadek? Coś narastało przez długi czas i zniknęło bez śladu w „jednej chwili” (nawet nie wiem kiedy). Jednak ja wiem, że to nie był przypadek, tylko taki prosty i niespodziewany podarunek od naszego Ojca. Co ciekawe, w tę sobotę, ani się o to nie modliłem, ani chyba nawet nie miałem wiary, że Bóg mnie z tego wyleczy. A jednak, był to dla mnie bardzo konkretny znak, że On zna i troszczy się o najdrobniejsze sprawy (nawet mniejsze niż palec). On czeka, aż sam tak naprawdę Jemu zaufam i we wszystkim oprę się na Nim, zamiast (jak zwykle to robię) na sobie.

~Mirek