logowanie | rejestracja

Świadectwo pierwszych chrześcijan

Świadectwo pierwszych chrześcijan

Pobierz plik klikając TU.

CORDA CORDI

Ks. Alfred K. Cholewiński

Życie pierwszych chrześcijan Cz.1

„Życie pierwszych chrześcijan” jest serią konferencji wygłoszonych przez Autora w Radiu Watykańskim w dniach od 7 VII do 25 VIII 1976 r.

RZYM – 1980 –  „Corda – Cordi”

 

WSTĘP

W naszym cyklu poświęconym sprawom Kościoła, zajmować się będziemy życiem chrześcijan w II wieku po Chrystusie. Z dwóch powo­dów nasz wybór padł na ten właśnie odcinek historii. Jest to po pierwsze, okres dla dziejów chrześcijaństwa bardzo delikatny i bardzo ważny zara­zem. Kościół jest w tym momencie swojej historii – używamy tu słów Re- nana – jak dziecko, które posiada już dostatecznie rozwinięte wszystkie organy potrzebne mu do życia, odłącza się od matki i zaczyna żyć życiem autonomicznym. W II wieku była jeszcze bardzo żywotna pamięć aposto­łów. Chrześcijanie głęboko przywiązani do wspomnień z przeszłości, łączą wierność dla tradycji z odwagą i otwierają przed Kościołem nowe horyzonty pragnąc, by otrzymany w spadku talent wiary przynosił ciągle nowe owoce. Wspólnoty chrześcijańskie nie zamykają się w getcie; ich wewnętrzna witalność nie każę im się bać konfrontacji z państwem i ze współczesną kulturą. Il-gi wiek jest więc jeszcze okresem pierwszej gorli­wości, a jednocześnie czasem dynamicznego rozwoju, nie bojącego się ryzyka. Tu leży korzeń jego jeszcze większej mocy wewnętrznej, ale też i kryzysów, które się uwidoczniają w dwóch następnych wiekach.

Druga racja, dla której zajęliśmy się tym okresem dziejów Kościoła, leży w tym, że wiek ten wyraźniej niż późniejsze czasy, pokazuje nam Kościół będący w swej całości i w swoich wspólnotach lokalnych, wielkim znakiem dla pogańskiego społeczeństwa w którym żył; znakiem budzą­cym podziw u jednych, a sprzeciw u drugich. Kościołowi, by mógł on spełniać wobec świata funkcję znaku zbawienia, nie mogą wystarczyć święte jednostki. W myśli Boga, Kościół ma być znakiem jako święty lud, święta wspólnota, której fundamentem i cementem jest Chrystusowy typ miłości aż do krzyża, miłości, do której człowiek sam ze siebie nie jest zdolny. Drugi wiek pokazuje nam, że znak taki istniał, że ideał chrześci­jaństwa w jego wymiarze wspólnotowym był rzeczywiście realizowany przez zwykłych, szarych chrześcijan, że nie jest on wobec tego utopią.

Z tego powodu główny akcent w naszych rozważaniach położony będzie na życie codzienne pierwszych chrześcijan, choć z początku siłą rzeczy będziemy musieli zająć się naszkicowaniem pewnych ogólnych ram, w których to życie się rozwijało.

Naszym przewodnikiem po tych często ciemnych zakamarkach historii, będzie jeden z najbardziej kompetentnych znawców starożyt­ności chrześcijańskiej długoletni profesor patrystyki w Montrealu, Quebec, a następnie w Rzymie, Adalbert Hamman, który na ten temat opubliko­wał w 1973 r. pracę pt.” La vie quotidienne des premiers chretiens”.

3

RAMY GEOGRAFICZNE EKSPANSJI CHRZEŚCIJAŃSTWA

Jerozolima – Rzym: oto pierwszy etap natarcia. Dokonał się on w l-szym wieku. Kościół narodzony w świętym mieście żydów, jeszcze za życia Apostołów Piotra i Pawła zatyka krzyż w stolicy Imperium. Wystar­czyła niepowstrzymana i mocna jak wulkan wiara Apostoła Pawła, by Ewangelia w jednym pokoleniu przebiegła w odwrotnym kierunku drogę, którą w znoju walk torowały przez dziesiątki lat legiony rzymskie: Antio­chia, Cypr, Efez, Korynt, Ateny, Rzym i dalej jeszcze Hiszpania – te najdal­sze krańce Zachodu, jak ją wtedy nazywano.

W roku 64 jest w Rzymie tylu chrześcijan, że nie ma w tym miliono­wym mieście człowieka, któryby o nich nie słyszał. Niechęć zaś do nich jest tak powszechna, że podły manewr Nerona, który na nich zrzuca winę za spalenie Rzymu, nie budzi niczyich podejrzeń czy oporów.

Środowisko chrześcijańskie stolicy Rzymu jest bardzo kosmopolity­czne. Świadczy o tym rodowód 14-tu pierwszych biskupów Rzymu. Tylko czterech z nich było rodowitymi Rzymianinami, trzech pochodziło z in­nych stron Italii, pięciu było rodem z Grecji, jeden był Syryjczykiem a papież Wiktor – ostatni z tej listy, żyjący pod koniec II wieku – pochodził z Afryki. Chrześcijanin tamtych czasów, jak wszyscy, spoglądał na Rzym – stolicę zdobywców – innymi oczyma. Widział on w niej swoją metropolię duchową, uświęconą męczeństwem św. Piotra, centrum tej wielkiej rodzi­ny, którą czuli się – rozproszeni po całym świecie – wyznawcy Chrystusa.

Il-gi wiek, oprócz utrwalenia się Kościoła w Rzymie, jest czasem, w którym chrześcijaństwo epoki Apostołów, obecne głównie w portach śródziemnomorskich Azji Mniejszej i południowo wschodniej Europy oraz w miastach leżących wzdłuż głównych szlaków komunikacyjnych lądo­wych, zdobywa nowe tereny. W Azji Mniejszej wdziera się np. do Bitynii i Pontu, leżącego nad brzegami Morza Czarnego, nie omijając tam nawet ma­łych miast i wsi. Dowodem żywotności i ekspansji Kościoła w tych dwóch prowincjach, jest list Pliniusza Młodszego do cesarza Trajana, pochodzący z 112 roku. Wspólnoty chrześcijańskie są tam do tego stopnia dynamiczne, że wzbudzają wokół siebie zawiść, która popycha do anonimowych dono­sów. Pliniusz w charakterze legata rzymskiego przemierzywszy wzdłuż i w szerz powierzone swojej jurysdykcji tereny stwierdził, że chrześcijanie sta­nowią w nich „poważny tłum”, który zaczyna zagrażać instytucjom so­cjalnym i religijnym Imperium. „Miasta i wsie są przez nich zaatakowane” – pisze zaniepokojony legat, porównując rozszerzające się chrześcijaństwo do „zarazy”. Zachodnia Azja Mniejsza ma już na początku tego wieku soli­dną organizację kościelną. Siedem listów do Kościołów, zamieszczonych w pierwszych rozdziałach Apokalipsy, oraz listy św. Ignacego, świadczą o 4

istnieniu na tamtych terenach, przynajmniej 10-ciu stolic biskupich, które wszystkie grawitują wokół Efezu i Smyrny.

50 lat później, za panowania Marka Aureliusza, odsłania nam się wi­dok Kościoła obecnego, na prawie wszystkich ziemiach Imperium. Nie­które inskrypcjo świadczą o obecności chrześcijańskiej w Marsylii, Kościół zaś w Lyonie zapisał pod koniec I I-go wieku jedną z najchlubniejszych kart swej historii. Początki wspólnoty lyońskiej giną w zupełnym mroku. Ewangelię do tego ważnego w Imperium ośrodka handlu i rzemiosła za­nieśli bez wątpienia chrześcijańscy anonimowi kupcy, rzemieślnicy i leka­rze, których ściągała tu sława miasta. Gdy braci było tu już tylu, że mogli się oni ukonstytuować w nowy Kościół lokalny, wspólnoty – matki posła­ły im biskupa Potyna. W 177 r. wspólnota lyońska została poddana pró­bie prześladowania. Męczennicy, których znamy imiona greckie i łaciń­skie, rzucają nam światło na etniczny i socjalny skład Kościoła. Należeli do niego ludzie miejscowi i przybysze z Azji, kupcy i bogate matrony. Św. Ireneusz, który po Potynie obejmie biskupstwo lyońskie, będzie się czuł odpowiedzialnym za wiernych rozsianych po olbrzymim terytorium, sięga­jącym od ujścia Rodanu aż po górny bieg Renu.

Innym terenem na którym w II wieku „wybuchło” chrześcijaństwo jest północna Afryka. Jej życie polaryzowało się wokół dwóch wielkich miast: Aleksandrii i Kartaginy. Za panowania Marka Aureliusza wspólnota kościelna w Kartaginie przyjmowała w swoje szeregi wybitnego konwertytę, adwokata Quintusa Septymiusza Tertuliana. Spod jego pióra, wyszedł trochę emfatyczny opis obecności chrześcijańskiej w Północnej Afryce: „Naszą wiarę wyznaje tysiące osób mężczyzn i kobiet, należących do wszystkich warstw społecznych… W każdym mieście więcej niż poło­wa ludności to chrześcijanie. Gdyby oni opuścili miasta, pozostałyby one puste… Narodziliśmy się dopiero wczoraj a już wypełniamy całą ziemię: miasta, ich przedmieścia, wsie, daleko mieszkające szczepy, urzę­dy, senat, pałace, rynek, miejsca pracy: brak nas tylko w świątyniach”. Jest w tym bez wątpienia trochę przesady, ale nie wiele. Prowincja kościel­na, która w 220 roku zgromadziła na swym pierwszym synodzie 70 biskupów, musiała rzeczywiście posiadać imponującą ilość chrześcijan. Analogicznie bujny rozwój posiadał Kościół grawitujący wokół Aleksan­drii w Egipcie. W mieście tym, w którym kwitły filozofia i kultura, chrześ­cijaństwo przybrało pewną strukturę intelektualną, która wnet stanie się chlubą Kościoła. W 180 roku Panten w którym połączyły się zapał ewangelisty i refleksja myśliciela, otworzył tam szkołę dla katechume­nów, którą możemy nazwać pierwszym uniwersytetem chrześcijańskim. Demetriusz bp Aleksandrii z końca II wieku, pierwszy o którym wiemy coś więcej niż samo tylko imię, rozumiał i popierał to połączenie Ewan­gelii z refleksją filozoficzną. Chrześcijaństwo w swoim niepowstrzymanym pochodzie przekroczyło w tym okresie granice Imperium. Dotarło ono aż do małego państwa Osroene, leżącego na terenie dzisiejszego Iraku, gdzie ścierały się wtedy kolejno wpływy Rzymian i Partów. Pod koniec 11-go wieku istniało tam wiele zorganizowanych wspólnot kościelnych, których duchowym ośrodkiem była Edessa stolica państwa. Edessa ukazuje się nam w tym okresie jako centrum intensywnej działalności literacko-chrześcijańskiej (dwa wielkie imiona to Tacjan i poeta Bardesane) i jako miejsce promieniowania Ewangelii na Armenię i Persję.

 

 

SPOJRZENIE NA CHRZEŚCIJAN OKIEM SOCJOLOGA

Interesować nas zatem będzie pochodzenie społeczne członków wspólnot chrześcijańskich oraz, jakie zawody są w nich reprezentowane. Zobaczymy, że chrześcijaństwo w swej ekspansji pokonało nie tylko ogromne przestrzenie geograficzne, ale obaliło także bariery społeczne, kulturalne, etniczne, które – jak to wiemy z doświadczenia – dzielą ludzi od siebie.

Chrześcijaństwo w l-szym i na początku I I-go wieku cieszyło się du­żą popularnością przede wszystkim wśród ubogich warstw ludności Impe­rium. Ta okoliczność była dla pogan powodem szyderstw pod adresem chrześcijan. Mawiano np. ironicznie, że Ewangelia przekonuje jedynie pro­staczków, ubogich niewolników, kobiety i dzieci. Złośliwość ludzka zaśle­piona chęcią skompromitowania Kościoła za wszelką cenę, przymykała oczy na fakt, że od samego początku chrześcijaństwo posiadało w swych szeregach ludzi z zamożnych i wykształconych warstw społeczeństwa.

Pobieżna nawet lektura Dziejów Apostolskich i Listów św. Pawła może nam dostarczyć wiele przykładów. W ll-gim wieku napływ ka­techumenów pochodzących z wyższych warstw społecznych zwiększa się w sposób widoczny. Już w 112 roku faktem, który najbardziej dziwi Pli­niusza Młodszego, jest zróżnicowanie charakteryzujące wspólnoty chrześ­cijańskie w Bitynii. Zobaczył on w nich ludzi starych i młodych, męż­czyzn i kobiety, niewolników i wolnych obywateli rzymskich. Między wierszami krótkiego listu Pliniusza poświęconego problemowi chrześcijan wyczuwa się zdumienie, że jest ich aż tylu i że będąc tak różnorodnymi, trzymają się razem. Czegoś takiego, obeznany ze światem legat rzymski widocznie jeszcze nie widział. Bardziej szczegółowe dane, które posia­damy na temat Kościoła w Aleksandrii, Rzymie, Kartaginie i Lyonie, potwierdzają ten stan rzeczy. W ll-gim wieku we wszystkich większych ośrodkach miejskich, chrześcijanie reprezentują wszystkie poziomy społeczne. W Rzymie Kościół posiada swych wyznawców na dworze cesarskim (nawet faworyta cesarza Kommodusa, Marcia, nie kryła się ze swą sympa­tią dla chrześcijan). Chrześcijanie są w gwardii pretoriańskiej, w bogatych rodzinach patrycjuszowskich i rycerskich, w szkołach sofistów i filozofów, wśród drobnych rzemieślników, pracowników rolnych i niewolników. Podobnie wyglądała sytuacja we wspólnocie lyońskiej. W związku z prześladowaniem, które tam wybuchło w 177 roku zachowały się imiona i relacje o wielu członkach tamtejszego Kościoła. Vetiusz Epagot był np. miejscowym notablem, mieszkającym w eleganckiej dzielnicy miasta, Aleksander był lekarzem, Atiusz i Ataliusz bogatymi kupcami, Blandyna niewolnicą. To, co najbardziej uderza bezstronnego obserwatora wspólnot chrześcijańskich tamtego okresu, jest duch braterstwa, który jedno­czył tych tak różnorodnych wyznawców Chrystusa. W Kościele obalone zostały wielowiekowe podziały, które niczym przepaść oddzielały np. niewolników od ludzi wolnych albo bogatych od ubogich. W Kościele zarówno niewolnik jak i obywatel posiadali duszę człowieka wolnego, a świadomość tej równości była tak mocna, że nigdzie na żadnym nagrobku chrześcijańskim nie znajdujemy aluzji do stanu niewolniczego kogokol­wiek; O dwóch biskupach rzymskich Piusie i Kalikście wiemy, że począt­kowo byli niewolnikami, ale to wcale nie przeszkadzało chrześcijanom – członkom wybitnych rzymskich rodzin Korneliuszów i Pomponiuszów – przyjmować błogosławieństwo od papieży, którzy nosili na sobie wypalo­ne znamię ich dawnej przynależności do stanu niewolniczego. Duch miłości i jedności cechujący wtedy wspólnoty chrześcijańskie nie tylko wyrażał się w tym, że jedynymi tytułami, z którymi zwracano się do siebie nawzajem były słowa „Bracie” i „Siostro”, ale także w poczuciu, że majątek i dobra, które ktoś posiada należą do wszystkich. Tym też wyróżniali się chrześcijanie od otaczającego ich pogańskiego środowiska, gdzie czymś normalnym była nędza jednych i obojętność na nią drugich. Bogaci chrześcijanie oddawali część swoich dochodów do wspólnej kasy kościelnej, z której biskup korzystając w tym z posługi diakonów, utrzy­mywał wdowy, sieroty, pomagał starzejącym się niewolnikom, rozbitkom morskim, dziewczętom bez posagu, przyjezdnym z innych wspólnot. Sto lat później, gdy cesarz będzie chciał zagarnąć tę wspólnotową kasę, diakon Wawrzyniec przedstawi mu listę zawierającą 1500 imion ubo­gich i wydziedziczonych chrześcijan, którzy z tej wspólnotowej kasy żyli. Dla Tertuliana, jak sam wyznaje w swoim Apologeticum, ta czynna miłość i jedność była jednym z głównych dowodów wiarygodności chrześcijań­stwa i powodem jego osobistego nawrócenia. W Imię Chrystusa, jedynego Jednoczyciela, znikały w środowisku chrześcijan wszystkie dzielące ludzi bariery. Zjawisko to było tak powszechne, że pod koniec II I-go wieku, Laktancjusz napisze takie oto słowa: „Wśród nas nie istnieją niewolnicy i panowie, wśród nas nie istnieją żadne podziały, gdyż wszyscy uważamy się za równych. Niewolnicy i panowie, wielcy i mali są równi dzięki skromności i dyspozycji serca, która ich oddala od wszelkiej próżności”.

CHRZEŚCIJANIN A PRACA

Rzućmy teraz krótko okiem na stosunek chrześcijanina do zawodu i do pracy. Podczas gdy np. Grecja gardziła pracą ręczną a Apoloniusz z Tiany uważał za degradację zajmowanie się handlem, chrześcijaństwo zrehabilitowało wszelką uczciwą pracę. Na wielu nagrobkach chrześcijań­skich czytamy pochwałę za rzetelnie wykonaną pracę ręczną. Ideałem chrześcijan w tamtej epoce była jak się wydaje, praca dla utrzymania ży­cia bez ducha zysku i chciwości. Jakżeż bowiem inaczej wytłumaczyć za­rzut pogan pod ich adresem, że są oni w pracy mało produktywni i nie dbają o swoje wzbogacenie się. Chrześcijanin po swoim nawróceniu się i po chrzcie zatrzymywał po prostu zawód, który wykonywał przedtem. Relatywizował się jedynie jego stosunek do pracy. „My żyjemy w waszym świecie – pisał z dumą Tertulian w 197 roku – jesteśmy razem z wami na forum, na rynkach, w łaźniach, sklepach i magazynach, w hotelach, na tar­gowiskach i w stoiskach wymiany pieniędzy. Nasi są marynarzami, służą w wojsku, pracują na ziemi, zajmują się handlem, wymieniając z wami owoce swoich uzdolnień artystycznych i swojej pracy”.

Jak widać z tego cytatu, żadna praca nie była obca chrześcijaninowi; istotnie mamy świadectwa, że byli wśród nich lekarze, prawnicy, handla­rze, urzędnicy państwowi, żołnierze i oficerowie, nauczyciele i filozofo­wie, nie mówiąc o różnego rodzaju rzemieślnikach, których było najwię­cej. Co do pewnych zawodów miał jednak Kościół swoje zastrzeżenia. Na­leżał do nich np. zawód bankiera i lichwiarza. Rezerwę dyktowało tu doś­wiadczenie. Zbyt często się zdarzało, że pieniądz przyklejał się do ręki tych, którzy nim manipulowali, zajmując co gorsza w sercu miejsce Boga. Nie musiał to być rzadki wypadek, skoro w najwcześniejszych dokumen­tach kościelnych znajdujemy tyle napomnień przestrzegających przed tym złem. Innym zawodem, który nie był bezproblemowy w Kościele, był za­wód filozofa. W drugiej połowie II wieku, wielu z nich nawróciło się na chrześcijaństwo, jednak mało było wśród nich takich jak Justyn w Rzy­mie czy Panten w Aleksandrii, którzy w swoich szkołach dali myśli chrześ­cijańskiej prawo obywatelstwa, a nawróconym na chrześcijaństwo prawo do myślenia. Poważny procent z nich, to ludzie – jak się później okazało – źle lub powierzchownie nawróceni, którzy swoimi spekulacjami gnostycznymi zagrozili ortodoksji i jedności wiary.

Kościół, który z takim zaufaniem otworzył przed nimi swoje drzwi, rychło przekonał się, że symbioza wiary i filozofii nie zawsze będzie bez­konfliktowa i że wiedza jest często niemałą przeszkodą w nawróceniu się. „Wiedza nadyma” – pisał św. Paweł – a praktyka pokazała, że miał rację.

W Kościele 11 wieku pojawiły się również wątpliwości co do zawodu żołnierza. Tu już w grę wchodziły same principia. Czy wolno chrześcijani­nowi w ogóle zabijać kogokolwiek? Jak pogodzić zawód żołnierza z obowiązującą każdego wyznawcę Chrystusa etyką kazania na Górze? Czy istnieją w ogóle wojny moralne? Zdania były podzielone i nigdy nie ustaliła się w tym względzie jednolita i długotrwała praktyka. Faktem jest, że w ll-gim i 11 l-cim wieku, w wielu miejscach, np. w Kościele rzym­skim, odradzano chrześcijanom wciągania się w służbę wojskową, a przynajmniej zabraniano im w czasie bitew zabijać kogokolwiek. Ściągnę­ło to na chrześcijan krytykę Celsusa, który zarzuca im podkopywanie samych fundamentów Imperium. „Co by się stało – pisał on – gdyby wszyscy tak samo rozumowali i postępowali? Cesarz w krótkim czasie pozostałby bez obrony, a Imperium byłoby zdane na łaskę barbarzyń­ców”. Orygenes odpowiedział mu, że cesarz bardziej potrzebuje chrześci­jan niż żołnierzy.

Pewne prace były od samego początku kategorycznie przez Kościół zakazane. Należą do nich wszystkie zawody związane z magią i astrologią, igrzyskami cyrkowymi, zawód konstruktora i dekoratora świątyń pogań­skich, zawód aktora i tancerza zbyt często połączone z rozwiązłością i mitologią braną wtedy na serio. Katechumenom, którzy wykonywali ta­kie zawody, stawiano przed Chrztem twarde; albo – albo. Ta nieprzejedna­na postawa skazywała na bezrobocie wielu nawróconych. Nie oznaczało to jednak życia w nędzy. Wspólnota brała na siebie odpowiedzialność za egzystencję nowo nawróconego i jego rodziny, umożliwiając mu znalezie­nie innej pracy lub utrzymując go ze wspólnej kasy. Wiele rzeczy uczy nas takie postępowanie pierwotnego Kościoła. Potwierdza ono najpierw to, co o braterstwie pierwszych wspólnot chrześcijańskich powiedzieliśmy wyżej; pokazuje po drugie, jak trudno było żyć chrześcijanom w świecie zalud­nionym przez bóstwa pogańskie; odsłania nam po trzecie, jak głęboko w egzystencję człowieka wrzynało się chrześcijaństwo i jak poważnie i całościowo było ono przyjmowane i przeżywane

 

CHRZEŚCIJANIN ŚWIADKIEM CHRYSTUSA

Pod koniec II-go wieku jakiś chrześcijanin żyjący prawdopodobnie w Aleksandrii, pisze otwarty list do niejakiego Diogneta poganina, w którym tak charakteryzuje życie chrześcijan. „Chrześcijanie nie odróżniają się od innych ludzi ani jakimś specjalnym terytorium, ani językiem ani zwyczaja­mi. Nie zamieszkują osobnych miast, nie mają własnego języka, nie prowadzą jakiegoś osobliwego trybu życia. Ich nauka nie jest owocem refleksji czy poszukiwań filozofów goniących ustawicznie za nowościami; nie wyznają oni jak tylu innych, żadnego systemu filozoficznego. Mieszka­ją w miastach zarówno greckich jak i barbarzyńskich i mimo, że we wszy­stkim idą za zwyczajami miejscowymi, prowadzą tryb życia cudowny i jak to wielu wyznaje, niewiarygodny. Mieszkają w swojej ojczyźnie, ale jakby byli cudzoziemcami; wykonują wszystkie obowiązki dobrego obywatela i nie uchylają się od żadnych ciężarów, ale czynią to jakby byli przyjezdny­mi gośćmi. Każda obca ziemia jest dla nich ojczyzną, każda ojczyzna jest dla nich obcą ziemią. Tak jak wszyscy – żenią się i wychodzą za mąż i rodzą dzieci, ale nigdy nie zabijają nowego życia. Mają wspólnotę dóbr ale nie łoża. Żyją w ciele, ale nie według ciała. Żyją na tej ziemi, ale czują się obywatelami nieba. Są posłuszni ziemskim prawom, ale ich sposób życia wynosi ich ponad wszelkie prawo. Kochają wszystkich, a wszyscy ich nienawidzą. Są nieznani, a jednak ustawicznie padają na nich wyroki. Posyła się ich na śmierć, a oni w niej otrzymują życie. Są ubogimi, a wzbogacającymi wszystkich. Brak im wszystkiego, a obfitują we wszelakie dobra. Są pogardzani, a oni uważają to za tytuł chwały. Szkaluje się ich na wszystkie sposoby, a jednak przyznaje im się rację.

Gdy wyrządza się im krzywdę oni błogosławią; gdy traktowani są haniebnie odpowiadają szacunkiem. Mimo że czynią dobrze karze się ich, jakby byli złoczyńcami. Żydzi ustawicznie toczą z nimi wojnę, poganie ich prześladują. Ale ci którzy ich nienawidzą, nie potrafią powiedzieć jaki jest powód ich wrogości. Słowem, chrześcijanie są dla świata tym, czym dusza jest dla ciała… Bóg ich umieścił w tym zaszczytnym miejscu i oni nie mogą stamtąd zdezerterować”.

Ten tekst prawdziwy klejnot literatury wczesno-chrześcijańskiej, doskonale uwypukla pewien istotny rys chrześcijaństwa; każdy jego szczery wyznawca, każde środowisko autentycznie chrześcijańskie, jest dla świata znakiem, czymś co zwraca na siebie uwagę i co wywołuje zachwyt jednych i sprzeciw drugich? Chrześcijaństwo tak jak Chrystus, jest zna­kiem, któremu sprzeciwiać się będą. Wyznawcy Chrystusa w ll-gim wieku aż nazbyt często świadczyli o prawdzie tego przeznaczenia. Chrześcijanin tamtych czasów miał żywszą niż kiedykolwiek świadomość tego, że Bóg powołał go do swojego św. Kościoła nie tylko po to, by siebie zbawił, ale przede wszystkim po to, by być dla świata światłem i solą. Z tego właśnie powodu chrześcijaństwo chciało być za wszelką cenę obecne w świecie;

dla tej racji unikało ono życia w getcie, bo to równałoby się zdradzie misji jaką Bóg mu powierzył. Z drugiej jednak strony chrześcijanie wiedzieli, że „świat – jak mówi 1-szy list św. Jana – leży w mocy złego”(1 J 5,19). Wyr­wani z pod jego władzy, doświadczywszy Boga, Jego miłości i Jego potę­gi, wyznawcy Chrystusa, nie mogli się ze światem utożsamić. I dlatego chrześcijanin, chociaż żył jak inni, można go było spotkać w termach i w bazylikach, chociaż wykonywał te same zawody co inni, czynił to jednak inaczej, dobrze i sumiennie oczywiście, lecz z jakimś dystansem, tak jakby wszystko na tej ziemi było dla niego względne, nie najważniejsze. Część jego egzystencji nie mieściła się w normalnych ludzkich schematach. I to drażniło pogan. W obronie własnego świata, którego słuszność i oczywi­stość była kwestionowana przez nieme świadectwo chrześcijan, zaczęli oni reagować na niepożądanych intruzów oszczerstwami i prześladowaniem.

POCZĄTKI PRZEŚLADOWAŃ

Reakcja przeciw chrześcijanom przyszła z dwóch kierunków; ze strony państwa i ze strony tłumów. W stosunku do państwa, chrześcijanie głosili lojalność i posłuszeństwo. Może się to wydawać dziwnym, ale to fakt, że niektórzy wybitni biskupi i pisarze II-go wieku, np. św. Ireneusz z Lyonu, Melito z Sardes, Atenagoras, prześcigają się w pochwałach pod adresem Imperium sławiąc dobroczynną Pax Romana, oraz podkreślając so­lidarność losów Imperium i Kościoła, nazywając ten ostatni przybraną sio­strą Rzymu. Te entuzjastyczne głosy wnet jednak przycichły, dając miej­sce coraz poważniejszym zastrzeżeniom. Pojawiły się one w miarę, jak za­częto sobie w Kościele zdawać sprawę z totalitarnego charakteru władzy cesarskiej. Świadomość polityczna tamtych czasów wcielała się w osobę cesarza, który był panem absolutnym wszystkich i wszystkiego, nie wyłą­czając ludzkich sumień.

Znalazło to swój najwyższy wyraz w kulcie religijnym oddawanym cesarzom. Ktokolwiek zakreślał granicę ich władzy w imię wolności we­wnętrznej człowieka w imię suwerenności innego Boga niż cesarz, ten mu- siał być uważany za element zagrażający najbardziej istotnym strukturom państwa. Oto przyczyna, dla której frontalne zderzenie między państwem a chrześcijaństwem było nieuniknione. Władza rzymska nie od razu je­dnak zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie dla niej przedstawia Kościół. Pierwsze prześladowania, które miały miejsce w l-szym i ll-gim wieku, nie były wypływem jakiegoś ściśle sprecyzowanego programu po­litycznego, wypływały one raczej z kaprysu poszczególnych cesarzy albo z nadgorliwości lokalnych władz, albo też były chęcią zaspokojenia gnie­wnych nastrojów tłumu z rozmaitych powodów oburzonego na chrześcijan. W Il-gim wieku jednak, gromadziły się już przesłanki pod częste i z premedytacją podejmowane prześladowania, które z nakazu cesarzy spada­ły na Kościół w następnym stuleciu. Niezgodność rzymskiej ideologii państwowej z chrześcijaństwem, wychodziła już w Il-gim wieku na jaw, wtedy gdy ze strony władz rzymskich występowano z próbami zradykalizowania i bezwzględnego przestrzegania kultu religijnego cesarzy. Inność chrześci­jan rzucała się wtedy od razu w oczy. W Kartaginie odbywa się defilada wojskowa. Wszystkim żołnierzom kazano włożyć na głowę wieniec na cześć bogów. Jeden z żołnierzy defiluje trzymając swój wieniec w ręku. Śmiałka od razu aresztują i zapytują o powód tego niesłychanego kroku. „Jestem chrześcijaninem i nie wolno mi było tego czynić” – pada odpo­wiedź. Fakt ten stał się wydarzeniem dnia, wywołując liczne i burzli­we komentarze. Zaczęły się także mnożyć wypadki urzędników państwo­wych – chrześcijan, którzy przy okazji uroczystych świąt byli nieobecni na ceremoniach religijnych, w czasie których oddawano cześć posągowi cesa­rza i innych oficjalnych bogów. Stąd zrodził się zarzut ateizmu pod adre­sem chrześcijan, (zarzut poważny, gdy się weźmie pod uwagę ścisłe zespo­lenie władzy państwowej z oficjalną religią rzymską i całkowitą służe­bność tej ostatniej względem pierwszej). Stawali się oni w ten sposób ele­mentem coraz bardziej podejrzanym. Tertulian pisze, że chrześcijanie figurowali w rejestrach tajnej policji cesarskiej na równi z właścicielami domów publicznych, sutenerami i złodziejami. Wystarczyła byle iskra, by ich aresztować i procesować. Inne racje by nienawidzić chrześcijan, miał szary tłum. Niepojęta była w jego oczach rzucająca się różnica w ich zachowaniu się. Kobiety chrześcijanki unikały strojów rzucających się zbytnio w oczy, a ich mężowie nie przysięgali już na Bachusa czy Herkule­sa. Podejrzana stała się nawet sumienność chrześcijan w płaceniu podat­ków i w używaniu sprawiedliwych miar i wag. „Chcą nam dać lekcję” – mówiono złośliwie. Zaczęto również szeptać na temat braterstwa chrześci­jan, że burzy ono święte granice między ludźmi, ustalone przez samych bogów. Bardziej pikantnej pożywki do szkalowania, dostarczyły tłumom zebrania liturgiczne chrześcijan. Już sam fakt, że były one dostępne tylko dla wtajemniczonych, to jest ochrzczonych chrześcijan, wywołał złośliwe komentarze. „Kto się ukrywa, widocznie ma coś do ukrywania”.

Eucharystia w czasie której biskup, wypowiadał nad chlebem i nad winem słowa; „To jest Ciało moje, to jest Krew moja”, szeptana była w antychrześcijańskiej propagandzie, jako uczta ludożercza a pocałunek po­koju i zwracanie się do siebie przez „Bracie” i „Siostro” były dowodem na to, że chrześcijanie schodzą się na lubieżne orgie.

Te i inne jeszcze najbardziej niewiarygodne oszczerstwa, były obrazem społeczeństwa, które je wypuszczało w cobieg; to było przerzucanie na chrześcijan swoich własnych wad. Człowiek zepsuty z trudem wierzy, że istnieje gdziekolwiek czystość. Tertulian przekazuje nam na żywo te nieprzychylne chrześcijaństwu nastroje ludu. Kiedyś na ulicy w Kartaginie podsłuchał on takiej rozmowy; „Wiesz, ten Gaiusz Seiusz jest dobrym człowiekiem, szkoda tylko że przeszedł na chrześcijaństwo”, albo ” Nie mogę pojąć jak to możliwe, by Lucjusz Tycjusz, człowiek tak inteligent­ny, mógł nagle zgłupieć i stać się chrześcijaninem”. Dowcipy, naciągania i oszczerstwa, kończyły się jednak, gdy zagrożone były, rzekomo z winy chrześcijan, żywotne interesy tłumu. Na religię ludową składa się zabo­bon i pragmatyzm. Gdy na horyzoncie pojawiło się jakieś zagrożenie; susza, powódź, zaraza, najazd barbarzyńców, podnosił się wśród tłumu krzyk; „To wina chrześcijan! Oni nam przynoszą nieszczęście, rzucają na nas urok!” Dowód na to? Oto cesarz i kapłani składają bez przerwy ofiary bogom, przerażony tłum modląc się wypełnia świątynie, kogo tylko brak? Chrześcijan! Gdzie oni są? Tertulian żywo opisuje atmosferę panującą w takich sytuacjach: „Nil wylewa, susza zagraża zbiorom, ziemia się gdzieś trzęsie, zaraza wybucha w Azji czy Smyrnie – zaraz głos się podnosi; precz z ateistami! Precz z chrześcijanami! Chrześcijanie dla lwów!” Nie mało było w takich chwilach wypadku linczowania, a nierzad­ko się zdarzało, że władze państwowe by zadowolić i uspokoić tłum, skazywał masowo chrześcijan na śmierć lub więzienie. Czy ta gwałtowna reakcja świata na chrześcijaństwo i walka z nim przerażała wyznawców Chrystusa? Bynajmniej! Wiedzieli oni, że to należy do istoty ich chrześci­jańskiego powołania. Ich wspólnym przekonaniem było to, co w roku 110 napisał św. Ignacy z Antiochii w swoim liście do Rzymian; „Kiedy chrześ­cijaństwo jest nienawidzone przez świat, pokazuje ono, że jest nie dziełem człowieka, ale wielkością i mocą Boga” (Ad Romanos, 3).

MIŁOŚĆ PIERWSZYCH CHRZEŚCIJAN

„Świat przed Chrystusem był światem bez miłości” – pisał pod ko­niec XIX wieku jeden z badaczy dziejów pierwotnego Kościoła. Ten sąd, który nie jednemu z nas wyda się przesadny, dobrze oddaje kontrast mię­dzy tym, co w dziedzinie ludzkiego współżycia działo się wśród pogan, a co pod tym względem miały światu do zaprezentowania pierwsze wspól­noty chrześcijańskie. W ich łonie pojawiła się miłość, do której świat nie był przyzwyczajony, w której możliwość nawet nie wierzył. „Zobaczcie, jak oni się kochają” to słynne zawołanie odnotowane w pismach Tertulia- na (Apol. 39,7), dobrze wyraża zdumienie pogan w obliczu tego fenome­nu, a zarazem wystarczająco tłumaczy moc przekonywania jaką wtedy miało chrześcijaństwo. Zobaczmy dzisiaj z bliska, na czym polegała i w czym się przejawiała miłość chrześcijan. Wiemy już, że wspólnoty pierwo­tnego Kościoła były społecznie i kulturalnie bardzo zróżnicowane. Należeli do nich wolni obywatele rzymscy, niektórzy bardzo bogaci i wykształceni, oraz niewolnicy, byli poganie i byli żydzi, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi. Normalnie w świecie, między tymi klasami ludzi istniały i istnieją nieprzebyte, wiekami całymi wznoszone bariery uprze­dzeń, obojętności lub wręcz wrogości. Chrześcijaństwo jakby jakiś ogień topiło te góry lodowe przedzielające jednych od drugich. To wszystko nie działo się tylko w teorii. Wspólnoty były małe. Świątyń w ll-gim wieku jeszcze nie było, dlatego chrześcijanie gromadzili się po domach prywat­nych. To ograniczało liczbę członków wspólnoty do 50 – 60 osób. W tak małym gronie nie można się było ukrywać w anonimowości lub znikać w tłumie. Każdy z każdym stykał się na co dzień. Na tym tle lepiej i jaśniej widać cud, jaki w sercach ludzkich dokonywało chrześcijaństwo. Ci ludzie, którzy do Kościoła przyszli z tak różnych światów, czuli się tam naprawdę równymi, uważali się za rodzinę, w której wszyscy są braćmi. Nie była to oczywiście tylko kwestia uczucia. O miłości i równości pierwszych chrześcijan świadczą czyny. Oto przykłady. Społeczeństwo starożytne miało na swoich peryferiach ludzi, któ­rych losem nie zajmowało się żadne prawo. Były to sieroty i wdowy. Plagą i hańbą tamtych czasów była wielka liczba dzieci porzuconych. O ile nie były to dzieci obywateli rzymskich, jedyna szansa życia pojawiała się dla nich wtedy, gdy znalazł się ktoś, kto je brał na wychowanie, by je później sprzedać jako niewolników lub na prostytucję. Co do wdów, nie było im czego zazdrościć. Prawo chroniło dzieci po śmierci ojca, wdowy natomiast były zdane na łaskę swojej dawnej rodziny lub dorosłych dzieci. W praktyce kończyło się często na tym, że wdowy, o ile nie udało im się wejść ponownie w związek małżeński, kończyły swe dni w nędzy. We wspólnotach chrześcijańskich wdowy i sieroty były elementem niemal uprzywilejowanym. Do nich w pierwszym rzędzie należała kasa wspólno­ty, która w wielu wypadkach była jedynym źródłem ich utrzymania. Sieroty pochodzące z rodziców chrześcijańskich z reguły znajdowa­ły inne rodziny, które je adoptowały, wdowy zaś gromadzono często w małe wspólnoty, którym dawał schronienie w swoim domu jakiś bogaty współwyznawca. We wszystkich pismach pochodzących z I I-go wieku, pełno jest napomnień skierowanych pod adresem biskupa i wszystkich członków wspólnoty, by przed wdowami i sierotami nie zamykać serca i kieszeni. Wdowy i sieroty były tylko częścią problemu, którym była obecność we wspólnotach ludzi ubogich, dotkniętych nieszczęściem lub chorobą. Troska o nich była szczególnym i głównym zadaniem diakonów.

Dokumenty kościelne z 11-go wieku (Didascalia XI, 44,4), nazywają ich uszami, ustami, sercem i duszą biskupa. Ich zadaniem było utrzymy­wanie osobistego kontaktu ze wszystkimi członkami wspólnoty, by nie przeoczyć żadnej potrzeby czy trudnej sytuacji, jaka się we wspólnocie mogła wytworzyć. Oni z ramienia biskupa rozdzielali potrzebującym pie­niądze, szukali zastępczych rodzin dla osieroconych dzieci, spieszyli z po­mocą moralną chorym lub dotkniętym innym nieszczęściem.

Innym wyrazem konkretnej miłości chrześcijan tamtego okresu by­ło grzebanie umarłych. Była to w starożytności niezwykle ważna sprawa. W wierzeniach tamtych czasów pochówek zapewniał zmarłym odpoczy­nek wieczny i był podstawą kultu przodków. Zostawić czyjeś zwłoki bez pochowania było uważane za największe zło, jakie komuś można było za­dać. Chrześcijaństwo odrzuciło kult przodków, ale podzieliło przekonanie o ważności grzebania zmarłych. Wszyscy ubodzy i przyjezdni goście, w ra­zie śmierci, mieli zapewniony pogrzeb na koszt wspólnoty; każdemu zaś z wiernych wpajano taką zasadę: „Ilekroć jakiś biedak zejdzie z tego świata i ktoś ze wspólnoty dowie się o tym, zadba o jego pogrzeb w miarę swoich środków”. (Arist. Apol. 15). Trzeba przy tym zaznaczyć, że nie chodziło tu jedynie o zmarłych chrześcijan; obowiązek grzebania obejmował wszy­stkich. Jedna z reguł diakona mówiła: „Jeżeli mieszka on w mieście nad­morskim, niech często obchodzi wybrzeża, by się przekonać, czy nie znaj­dują się tam zwłoki jakiegoś rozbitka, jeśli tak, niech go ubierze i pocho­wa”. (Testament naszego Pana, I, 34; II, 34).

Solidarność chrześcijańska uwidoczniała się zwłaszcza w czasie pró­by. Gdy kogoś z nich aresztowano, pozostali na wolności bracia przeżywali razem z nim niepewność i udręki; przychodzili ich odwiedzić, próbowali wykupić, Lucjan z Samosaty, którego nie można posądzić o sympatię do chrześcijaństwa, opowiada, że sam wielokrotnie widział koło więzień gro­mady chrześcijan, mężczyzn i kobiety, niosących jedzenie i odzież, gesty­kulujących żywo ze strażą więzienną i usiłujących ją przekonać, by przy­najmniej niektórym z nich pozwolono się widzieć z ich więziennym współbratem. (Peregr. 12). Gdy kogoś z chrześcijan skazano na śmierć i udało się uzyskać pozwolenie na ostatnie widzenie, bracia w wierze – czy­tamy w aktach męczeństwa Perpetuy – prześcigali się w wyrazach czułoś­ci, by skazańcowi dodać odwagi i umocnić go w nadziei; pod koniec wy­mieniano z nim – jak w czasie Eucharystii – pocałunek pokoju, przypieczętowując tym aktem wzajemną braterską więź. Prawie zawsze sporządzano akta, czyli opis męczeństwa, który przepisywano w wielu kopiach i rozsy­łano do innych Kościołów. Czytano je wszędzie chciwie i ze wzruszeniem, jako że chodziło tu o chlubną kartę historii rodzinnej. Obecność i miłość swojej wspólnoty odczuwali także z reguły ci chrześcijanie, których skazywano na pracę w kopalniach lub kamieniołomach. Regularnie otrzymywali oni wizyty braci ze swojej wspólnoty lub z innej terytorialnie najbliższej, której przekazywano adresy skazanych. Odwiedziny takie były dla wszystkich intensywnym momentem łączności braterskiej umożliwiając nieobecnym współuczestniczenie w życiu ich Kościoła. Nie do rzad­kości należały wypadki, że olbrzymim wysiłkiem finansowym, który dzieliły zazwyczaj wszystkie okoliczne Kościoły, wykupywano jeńców na wolność. Przykładów na tę „rodzinność” chrześcijaństwa I I-go wieku, można by mnożyć w nieskończoność. Wspomnimy jeszcze tylko o legen­darnej gościnności pierwszych chrześcijan, która zaoszczędzała każdemu znajdującemu się w podróży współbratu kłopotów i niebezpieczeństw nocowania w hotelu. Jedyną formalnością, by wejść do zupełnie niezna­nego sobie domu, była krótka wymiana zdań; „Jesteście wyznawcami Chrystusa? – Ja też!”, a lepiej jeszcze, jeżeli przybysz był w posiadaniu listu polecającego swojej wspólnoty.

Na wzmiankę zasługuje także więź między kościołami uwidocznia­jąca się w podróżach o charakterze informacyjnym, w wymianie korespon­dencji oraz w pomocy materialnej, której w razie potrzeby jedne wspólno­ty udzielały drugim. Wyróżniał się w tym zwłaszcza Kościół rzymski, którego w Il-gim wieku nazywano „przewodniczącą miłości”, jak gdyby chciano przez to powiedzieć; „Kościół który przez swą miłość w pełni zasługuje na pierwsze miejsce w chrześcijaństwie”. Dionizy z Koryntu pisze do Rzymian takie oto słowa; „Od samego początku istnieje u was zwyczaj czynienia dobrze wszystkim i na wszystkie możliwe sposoby. Wiele Kościołów w każdym mieście doznało waszej pomocy. Dzięki wam, doznają ulgi i wsparcia skazani na kopalnie”.

W tym punkcie rodzi się pytanie; skąd brano pieniądze na to wszy­stko? W ll-gim wieku, ich jedynym źródłem była spontaniczna miłość wiernych. Jak świadczy Didascalia (V,1 -6), każdy dawał dobrowolnie to, co mógł, a niektórzy pozbywali się w tym celu nawet rzeczy koniecznych. Najubożsi z własnej inicjatywy w niektóre dni pościli, by zaoszczędzone pieniądze dać wspólnocie, dla jeszcze bardziej potrzebujących. Chrześcija­nie byli świadomi tego, że ustrój Ducha św. w którym żyli, przezwyciężył legalizm Starego Testamentu. Era niewoli wewnętrznej skończyła się, a jej miejsce zajęła rzeczywistość ludzi nowych, którzy nie wyzbyli się swego, bo tak nakazywało prawo, ale dlatego, bo popychała ich do tego wdzię­czność za stokroć więcej, które otrzymali. Bogacz zaczynał rozumieć, że i on jest dłużnikiem, a ubogi przekonywał się, że Bóg troszczy się o swoje najsłabsze dzieci.

Składka tak rozumiana, nie podkreślała różnic, przeciwnie, stawała się cementem, który wiązał „żywe kamienie Kościoła” czyniąc z niego miejsce w którym Bóg objawił ludzkości swoją obecność i swoją miłość.

Życie pierwszych chrześcijan Cz.2

EWANGELIZACJA

Poprzednie artykuły pokazały nam zadziwiającą ekspansję chrześci­jaństwa. Objęło ono w krótkim czasie wszystkie części Imperium Rzym­skiego przenikając do wszystkich jego warstw społecznych. Tam zaś, gdzie dotarło, życie ludzkie zaczęło przebiegać w innym wymiarze, stawało się pogodne, przesycone miłością, otwarte na drugich. We wspólnotach chrze­ścijańskich pojawiała się ta głęboka jedność burząca wszelkie bariery, której brak było gdzie indziej. Gdzie leżało źródło tej szybkiej ekspansji chrześcijaństwa i metamorfozy, które zer sobą przynosiło? Dlaczego Im­perium Rzymskie nie nawróciło się do kultu Mitry? Dlaczego nie nawró­ciło się na judaizm, mimo usilnych zabiegów diaspory żydowskiej? Odpo­wiedź na to leży w słowie ewangelizacja.

Obecnie poświęcimy naszą uwagę właśnie temu zjawisku – ewange­lizacji; co przepowiadano w ll-gim wieku i jak przepowiadano.

Na wstępie jedno fundamentalne stwierdzenie. Ewangelia, którą prze­powiada Kościół wszystkich czasów, a więc także Kościół pierwotny, tra­fia w tę głęboką warstwę człowieka, w której rozgrywa się główny dra­mat naszej egzystencji, niewykształceni czy ze stopniem naukowym, obo­jętnie czy żyjemy w ll-gim czy w XX-tym wieku. Ewangelia w pierwszym swym zetknięciu z człowiekiem sprawia mu nawet ból, gdyż demaskuje go bezlitośnie odzierając ze wszelkich pozorów przyzwoitości czy uczciwości, które tak chętnie, choćby dla swojego dobrego samopoczucia, każdy z nas przywdziewa. W świetle Ewangelii każdy człowiek ukazuje się grzeszni­kiem, tj. istotą oderwaną od swojego korzenia, od Boga.

Szukając szczęścia na własną rękę szamoce się on teraz w zamknię­tym kręgu własnego ja, ciągle niezadowolony z tego co ma, ciągle w po­goni za czymś więcej, ciągle nienasycony, cierpiący i cierpienie zadający innym. Człowiekowi, który rozpoznał się w tym obrazie, Ewangelia obwieszcza jednak wspaniałą dobrą wiadomość. W Jezusie Chrystusie, który był nam we wszystkim podobny prócz grzechu, ale który w swojej śmierci wziął na siebie wszystkie jego konsekwencje, a w swym Zmart­wychwstaniu złamał moc i władzę zła nad nami, w Jezusie Chrystusie znajduje się dla człowieka lekarstwo i ratunek. On, Zmartwychwstały Pan, może mu zesłać swego Ducha, by go na nowo stworzyć, odrodzić, tzn. wprowadzić w nowy wymiar istnienia; w wymiar, w którym czło­wiek odzyskuje utracone przez grzech zaufanie do Boga, czuje się przez Niego kochanym; we wszystkich faktach swego życia, nawet niepomyśl­nych, dostrzega Jego dobroć. Odrodzenie, którego dokonuje w nim Duch  Św. uzdalnia go do miłości. Tych wszystkich rzeczy Ewangelia nie przed­stawia, jako ideału, jaki człowiek miałby osiągnąć własnym wysiłkiem, ale jako obietnicę, która zrealizuje się w nim mocą Bożą.

Ewangelia stawia przed nasze oczy Boga żywego. Boga- Miło- ś ć, zapewniając, że może On wejść w nasze życie już tutaj na tej ziemi, a nie dopiero po śmierci i uczynić to życie szczęśliwym.

Ewangelia głosi, że Boga można niejako doświadczyć w tym, co On dla nas zrobi, i że dopiero to doświadczenie odmienia człowieka. Jedy­nym warunkiem, by to wszystko stało się rzeczywistością, jest wiara. Jeżeli człowiek zawierzy Jezusowi Chrystusowi, Jego mocy, która może nas uczynić nowym stworzeniem, Ewangelia  zaczyna przekształcać życie człowieka.

W ll-gim wieku ta dobra Nowina dochodziła do uszu pogan w całej swojej pierwotnej czystości; jej przepowiadanie było ponadto ułatwione tym, że za plecami jej pierwszych głosicieli stały istniejące już żywe Koś­cioły, których członkowie mogli stwierdzić na własnej skórze, że Ewan­gelia, jeśli się w nią wierzy, rzeczywiście staje się fermentem zmieniającym życie. We wspólnotach chrześcijan była faktem codziennego życia, ta miłość i jedność którą Ewangelia obiecywała. Życie chrześcijan faktycz­nie promieniowało pogodą i radością, która gdzie indziej była zmienna, bo uzależniona od kaprysów, powodzenia czy niepowodzenia. Zjawiskiem niemal codziennym w tamtych czasach było także świadectwo przelanej krwi chrześcijańskiej które było najlepszym dowodem na to, jak całościo­wo Ewangelia brała w posiadanie egzystencję ludzką i że była ona jak drogocenna perła, za którą warto oddać wszystko, nawet życie.

Ta nowa rzeczywistość egzystencjalna, której doświadczyły jedno­stki i wspólnoty chrześcijan, nie tylko była dowodem wiarygodności Ewangelii; ona także tłumaczy zapał i poczucie nieodpartej konieczności ewangelizowania, którą wszyscy byli wtedy przejęci. Jakżeż nie podzielić się z innymi własnym radosnym odkryciem? Jakżeż pozwolić, by inni ludzie pozostawali w ślepocie ducha i marnieli w swym bezpłodnym, poz­bawionym sensu i kierunku życia, skoro się odkryło, że Bóg naprawdę ist­nieje, kocha człowieka i chce go wypełnić Sobą, i gdy się doświadczyło, jak cudownym może się wtedy stać ludzkie życie! Jeden z XIX-sto wiecz­nych badaczy początków chrześcijaństwa pisze: „Chrześcijaństwo miałów swych początkach tylu apostołów co wiernych” (B. Aube, Les Chretiens de la fin des Antonins… p.378).

Działalność ewangelizacyjna rzadko wychodziła wtedy z inicjatywy biskupów, rzadko też była dziełem kleru. Oddawał się jej każdy, kto miał ku temu okazję. Było to przepowiadanie skromne, unikając publicznych placów, szeptane jakby na ucho. Żadne określenie nie oddaje lepiej jego charakteru jak słowo użyte przez Tacyta i Pliniusza „Zaraza – zarażanie”.

Istotnie, żona zarażała nową nauką męża, niewolnik swego pana, lekarz pacjenta, szewc swojego klienta. Temu prywatnemu przepowiadaniu musieli się wtedy z wielkim zapałem oddawać wszyscy, nawet ci najbar­dziej niewykształceni, skoro zauważył je filozof Celsus, zaprzysiężony wróg chrześcijaństwa. Poświęcił on temu zjawisku taką oto krytykę: „Za­uważamy w ich (tzn. chrześcijan) środowisku tkaczy, szewców, wyrobni­ków, słowem ludzi, pozbawionych jakiegokolwiek wykształcenia. W obecności mistrzów wiedzy, pilnują się oni dobrze, by nie otwierać ust, ale gdy spotkają kobiety i dzieci … rozdzierają gardła, by im wyłożyć swoją wiedzę i swoje cudaczności”.

Fakt ewangelizacji uprawianej przez cały bez wyjątku Kościół, ewangelizacji będącej nie tyle programem, co żywiołowym potokiem wy­lewającym się z serca każdego chrześcijanina, ten fakt w świetle powyższe­go świadectwa nie ulega kwestii. Inna rzecz, że Celsus zapomniał, lub mo­że nie wiedział, że chrześcijaństwo miało w swych szeregach ludzi także wykształconych, jak Justyn, Panten czy Klemens. Prowadzili oni w Rzy­mie i w Aleksandrii szkoły filozoficzno-teologiczne, w których nie mogli narzekać na brak uczniów rekrutujących się spośród chrześcijan i pogan. W tych wczesno-chrześcijańskich ośrodkach myśli filozoficznej wykładano też nie co innego jak Ewangelię broniąc jej przed atakami takich właśnie ludzi jak Celsus. Wielu wykształconych pogan znalazło w tych szkołach światło wiary i zaspokojenie swego głodu prawdy.

Orygens w swoim dziele „De principiis” (I V,1,2) pisze w ten sposób o głoszeniu Ewangelii w pierwotnym Kościele: „Chrześcijanie nie pomijają żadnej okazji by rozpowszechniać swoją naukę, w całym świecie. By osią­gnąć ten cel, niektórzy z nich wędrują z miasta do miasta, ze wsi do wsi, by przekonać innych i skłonić ich do wiary”. Wzmianka ta naprowadza nas na ślad istnienia w pierwotnym chrześcijaństwie tzw. wędrownych katechistów. Wiemy już o nich z najstarszego utworu wczesno-chrześcijańskie- go, tzw. Didache, którego powstanie określa się na 80-te lata I-go wieku.

Byli to ci chrześcijanie, w przeważającej części ludzie świeccy, u których wewnętrzny imperatyw ewangelizowania był tak silny i nieodpar­ty, że w głoszeniu Dobrej Nowiny widzieli jedyny sens swojego życia. Euzebiusz z Cezarei z IV-go wieku, autor pierwszego wielkiego podręczni­ka historii kościelnej, tak o nich pisze: „Wielu uczniów w tamtych czasach poruszonych Słowem Bożym i powodowanych wielką miłością do Ewan­gelii, postępowało tak, jak doradzał Chrystus: rozdawali oni cały swój majątek ubogim, zostawiali swój kraj i wyruszali w świat, by pełnić w nim misję głosiciela Ewangelii. Prześcigali się nawzajem w gorliwości, by tym, którzy nigdy jeszcze nie słyszeli nauki prowadzącej do wiary, obwieścić dobrą nowinę i dać poznać Boskie Ewangelię.

Zadowalali się oni rzucaniem pierwszych podwalin wiary u obcych ludów, pozostawiając im sprowadzanych przez siebie pasterzy, którym powierzali troskę o tych, którzy dopiero co przyjęli wiarę. Później wyru­szali do innych miejscowości”. Działalność tych wędrownych ewangeli­stów, bardziej spontaniczna niż zorganizowana, obejmowała jedynie l-szy i ll-gi wiek historii Kościoła i ustąpiła miejsca bardziej planowej akcji misyjnej późniejszych wieków.

Taki jest obraz ewangelizującego Kościoła II-go wieku. Posłuchajmy jeszcze fragmentu starochrześcijańskiej homilii z 140-go roku, znanej pod nazwą 11-go listu św. Klemensa do Koryntian. Czytamy w niej takie zdanie: „Kiedy poganie słyszą z naszych ust Słowa Boże, podziwiają ich piękno i wielkość. Ale jeżeli później zobaczą, że nasze uczynki nie odpowiadają na­szym słowom, zmienią swoje zdanie i zaczną bluźnić, mówiąc, że chrześci­jaństwo jest mitem i jednym wielkim oszustwem” W II-gim wieku ży­cie chrześcijan nie przekreślało jeszcze w oczach pogan tego, co chrześci­janie głosili.

PRZYKŁADY Z ŻYCIA

Jeśli chcemy zobaczyć, jak Ewangelia przemieniała życie pierwszych chrześcijan wystarczy przyjrzeć się kilku konkretnym przykładom. Lu­dzie, o których opowiemy, żyli w Il-gim wieku. Byli różnej płci, stanu i pozycji społecznej.

Ignacy został biskupem Antiochii w czasach, gdy Kościół istniał do­piero od 50-ciu lat. Będąc jeszcze poganinem, studiował filozofów gre­ckich, o czym świadczy język i styl jego późniejszych pism. To, co o nim wiemy, dotyczy głównie ostatniego okresu jego życia. Za panowania cesa­rza Trajana został uwięziony i skazany na rozszarpanie przez dzikie zwie­rzęta. Skazańca przywieziono z Antiochii w Syrii do Rzymu, by egzekucji dokonać w samej stolicy. W czasie podróży napisał, siedem listów do róż­nych gmin chrześcijańskich. W liście do chrześcijan Rzymu prosił ich, by nie czynili niczego, co mogłoby mu zaoszczędzić męczeństwa. „Jestem Bożą pszenicą – pisał – trzeba, żebym został zmielony zębami dzikich zwierząt, abym stał się nieskalanym chlebem Chrystusa”.

Tych kilka listów pozwala nam poznać, jakim człowiekiem był Ignacy w chwili, kiedy zbliżał się do osiągnięcia chrześcijańskiej dojrzało­ści – do śmierci męczeńskiej. Szanował każdego człowieka, nawet jeśli był heretykiem. Umiał upominać, nie upokarzając przy tym. Pisał w liście do Polikarpa, że nie jest trudno kochać wszystkich, lecz sztuka polega na tym, by kochać każdego z osobna, a zwłaszcza małego, słabego, niewol­nika i tego, kto nas rani czy sprawia nam cierpienie. Chętnie ukazywał Chrystusa jako lekarza i obraz ten realizował się również w nim samym.

A jednak pamiętał zawsze o swoich słabościach. Pisał: „Narzucam sobie umiar abym nie zginął z powodu mojej chełpliwości”. W czasie drogi do Rzymu otaczany był czcią przez napotykanych chrześcijan; nie upaja­ło go to, lecz skłaniało do większej ostrożności. „Jestem w niebezpieczeń­stwie” – wyznawał w takich chwilach. Przynaglony pragnieniem mistyka, by pełniej zjednoczyć się z Bogiem, chciał jak najprędzej znaleźć się w Rzymie i ponieść śmierć. „Nie ma już we mnie żadnego zapału do rzeczy ziemskich; wewnątrz mnie tylko woda żywa o wybornym smaku szepcze: Pójdź do Ojca”. Ta woda żywa, woda chrztu świętego, uzdolniła Ignacego do złożenia świadectwa krwi.

Poprzez filozofię do chrześcijaństwa przeszedł również Justyn. W swym życiu szukał on w różnych systemach filozoficznych mądrości i prawdy. Był uczniem stoików, potem arystotelików, wreszcie wyznawcą platonizmu. Pragnął dzięki filozofii oglądać Boga. I kiedy pełen wewnę­trznego niepokoju rozmyślał w samotności, spotkał tajemniczego starca, który wyjaśnił mu, że do Boga nie można dojść o własnych siłach. Jedyną drogą do Niego jest chrześcijaństwo. Justyn przyjął tę drogę i uznał, że jest to jedyna filozofia, która dała mu to, czego dotąd bezskutecznie szu­kał. Chrześcijaństwo nie było dla niego doktryną czy systemem, lecz oso­bą. Słowem wcielonym i ukrzyżowanym w Jezusie, który objawił mu ta­jemnicę Boga. Ostatnie lata spędził w Rzymie, gdzie założył szkołę, w której nauczał. W Rzymie też poniósł śmierć męczeńską. Przed śmiercią skierował do senatu następujące słowa: „Nikt nie wierzył w Sokratesa aż do tego stopnia, żeby umrzeć za to, czego on nauczał, lecz dla Chrystusa ludzie prości bez żadnego wykształcenia przezwyciężyli strach i lęk przed śmiercią”. Ignacy i Justyn byli ludźmi wykształconymi, posiadającymi w społeczeństwie jakąś pozycję. Zupełnie inaczej miała się rzecz z Blandyną. Już każda kobieta była w starożytnym świecie mocno ograniczona w prawach. Niewolnica była ich całkowicie pozbawiona.

Blandyna była niewolnicą w Lyonie, na terenie dzisiejszej Francji. Jej los nie różniłby się niczym od losu milionów istot jej podobnych, gdy­by nie pewien fakt. Jej właścicielka, nieznana nam nawet z imienia, była chrześcijanką. Ewangelia nauczyła ją kochać bliźnich, a zwłaszcza najbar­dziej upośledzonych. Stawszy się chrześcijanką, nie potrafiła ona zacho­wać tylko dla siebie radości swego odkrycia. Lecz komu o nim powiedzieć? Z kim podzielić się swoją nową wiarą? Wielką nowinę, która prze­mieniła jej własne życie, powierzyła swej młodej niewolnicy, Blandynie.

Blandyna usłyszawszy Ewangelię, poczuła się tak, jakby nagle spad­ły z niej kajdany. Właścicielka która dotychczas była dla niej panią życia i śmierci, stała się odtąd jakby starszą siostrą czy umiłowaną matką, którą Bóg postawił na jej drodze, także inni wyznawcy chrześcijaństwa będący o wyższej pozycji społecznej, przyjęli ją jako siostrę. Biskup Lyonu, Potyn, udzielił jej sakramentu chrztu. Życie biegło nadal normalnym tokiem. Praca Blandyny nie zmieniła się, lecz stała się lżejsza. Blandyna wykony­wała nadal te same zajęcia i miała dla swej pani ten sam szacunek, co dawniej. Coś jednak zmieniło się od wewnątrz. Wspólna wiara zapo­czątkowała między nimi i stale pogłębiała więzy przyjaźni. Lecz te szczęśliwe dni nie trwały długo. Wkrótce, w czasie galijskich świąt pogańskich, nadeszło prześladowanie. Blandyna została aresztowana wraz ze swą panią, która w więzieniu nie troszczyła się o swój los, lecz o to, czy jej niewolnica, wiotka i delikatna, będzie w stanie publicznie wyznać swą wiarę. Lecz kiedy poddano Blandynę męczarniom, jej moc i odwaga zadziwiały katów. Wreszcie na arenie cyrku obnażoną zawieszono na palu, a potem rzucono dzikim bestiom. Współwyznawcy patrzyli na nią i jej widok napełniał ich dumą i odwagą; co więcej, dostrzegli w niej obecność samego Chrystusa. W liście chrześcijan liońskich, opisujących męczeństwo Blandyny, czytamy: „Bracia wierzyli, że w swej siostrze widzą Chrystusa ukrzyżowanego dla nich”. Zwierzęta nie ruszyły jednak męczennicy, jakby miały dla niej więcej litości niż tłum. Blandyna musiała jeszcze poczekać ze złożeniem swego ostatniego świadectwa wiary.

Świąteczne igrzyska trwały nadal. Codziennie ginęli na arenie chrze­ścijanie. Blandynę i młodzieńca Ponticusa pozostawiono na ostatni dzień. Ponticus zmarł na skutek tortur a najsłabsza, najbardziej wątła ze skaza­nych chrześcijan zginąć miała jako ostatnia. Widzieć musiała śmierć tylu sióstr i braci, lecz to jej nie zachwiało. W dniu męczeństwa sama oddała się w ręce oprawców, którzy najpierw biczowali ją aż do obdarcia skóry z pleców, później przypiekali żywym ogniem, wreszcie związaną w sieć rzu­cili wściekłemu bykowi. Podrzucona przez niego w powietrze, upadła na wpół martwa, lecz jeszcze znalazła siłę by się modlić. Wówczas kaci dobi­li ją. Nawet poganie złożyli hołd męczennicy. Mówili: „Rzeczywiście w naszym kraju nigdy nie widziano, by jakaś kobieta tyle przecierpiała”.

W niespełna 30-ci lat później w innym krańcu cesarstwa rzymskiego, mianowicie w Afryce Północnej, miały miejsce następujące wypadki.

W mieście Tuburbo koło Kartaginy aresztowano grupę chrześcijan. Wielu z nich było dopiero katechumenami. W więzieniu przyjęli oni chrzest. Wśród katechumenów znajdowała się Perpetua, pochodząca z miejscowej arystokratycznej rodziny. Zachował się jej pamiętnik pisany w więzieniu, w którym opisuje swe przeżycia. Po chrzcie zapisała w nim: „Duch Święty natchnął mnie, bym nie żądała od św. wody chrzcielnej ni­czego więcej, jak tylko siły, by ciało mogło wytrzymać”. Deklarując się przez chrzest w sposób ostateczny i nieodwołalny, oskarżeni zostali prze­wiezieni do Kartaginy, gdzie oczekiwali na męczeństwo.

Perpetua była jedyną i umiłowaną córką bogatych patrycjuszy, wy­daną za mąż za człowieka z równie arystokratycznego domu, matką do­piero co narodzonego niemowlęcia. Przywykła do wygód, w jakich się wy­chowała, odłączona od swej pogańskiej w całości rodziny, która nie rozu­miała jej postawy, przepełniona macierzyńską tęsknotą za dzieckiem, w pierwszych dniach bardzo cierpiała. Lecz już wkrótce zapisała: „Więzienie staje się dla mnie luksusową siedzibą i czuję się tu lepiej, niż w jakimkol­wiek innym miejscu”. Rodzice odwiedzali ją w więzieniu i przynosili jej tam dziecko, by mogła je regularnie karmić. Ojciec wielokrotnie błagał ją by miała wzgląd na swą rodzinę, na niego samego, a przede wszystkim na swoje niemowlę. ”W swej czułości – zanotowała Perpetua – mój ojciec pró­bował zachwiać moją wiarę”. Lecz młoda chrześcijanka była nieugięta.

W swym pamiętniku Perpetua opisała więzienie, przesłuchania i swe zmagania z kochającą rodziną. Do tych relacji inną ręką dodano opis same­go męczeństwa. Czytamy tam, że kiedy męczenników prowadzono do amfiteatru, ” ich oblicza promieniowały: byli piękni. Perpetua zamykała szereg, sunąc krokiem pewnym, jak wielka dama Chrystusa, jak umiłowa­na córka Boga”. Na arenie pełna radości, śpiewała. Torturowana, wpadła w ekstazę, stając się nieczuła na ból. Kiedy sprowadzono ją na chwilę z areny, przekazała wspólnocie swe ostatnie polecenie: „Trwajcie mocni w wierze, kochajcie się wzajemnie i starajcie się, by nasze cierpienia nie były dla was powodem do wstydu”. Wróciwszy na arenę, sama wskazała gladia­torowi miejsce, gdzie ma uderzyć mieczem. Jej pamiętnik czytany był po jej śmierci we wspólnotach afrykańskich i w całym Kościele. Wieść o męczeństwie nie napełniła chrześcijan lękiem, lecz dumą i pragnieniem naśladowanie. Kiedy patrzymy na pierwsze pokolenia chrześcijan, nasuwa się nieodparcie jedno pytanie: gdzie ci ludzie z ciała i krwi, nie pozbawieni bynajmniej ludzkich problemów i uczuć, znajdowali siłę do heroizmu, do poświęcenia, do miłości?

Jeżeli zapytalibyśmy ich samych, odpowiedzieliby, a ich odpowiedź możemy poznać dzięki ich pismom, jakie niektórzy z nich pozostawili – że siła ta nie pochodziła z nich samych. Otrzymali ją w wodzie chrztu od Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego.

ŻYCIE Z WIARY NA CO DZIEŃ

Klemens z Aleksandrii, pisarz chrześcijański z przełomu I I-go wieku, zanotował następującą uwagę: „Całe życie chrześcijanina jest jednym dłu­gim dniem święta”. W niniejszym artykule będziemy mieli okazję przeko­nać się, jak prawdziwe były te słowa. Dla pierwszych chrześcijan wiara była światłem, które rozjaśnia szarość ich codziennego życia; dotyczyło to zarówno spotkań wspólnoty chrześcijańskiej, jak i czasu poświęconego rodzinie i pracy. Chrześcijanin żył w stałej świadomości, że jest obywate­lem świata i zarazem kimś obcym; stałym mieszkańcem ziemi i i jednocze­śnie pielgrzymem do obiecanego miasta przyszłego.

Cały czas chrześcijanina – dzień, tydzień, rok – przeniknięty był ryt­mem wiary. Każdy wierzący, wiedział, że Bóg jest Panem czasu i historii, który nadaje im sens i znaczenie.

MODLITWA OSOBISTA

W starożytności rytm codziennego życia wyznaczony był przez nastanie świtu i zapadnięcie zmroku. Rano każdy śpieszył do swoich za­jęć, by maksymalnie wykorzystać światło dnia. Dla chrześcijanina począ­tek i koniec dnia były czasem modlitwy. Składała się ona z chwili milcze­nia, rozmyślania nad tekstami Pisma Świętego i śpiewu psalmów. Nie za­chował się żaden tekst stereotypowy, przeznaczony do odmawiania w tym momencie; była to bowiem modlitwa osobista i spontaniczna. Liczne świadectwa z tamtych czasów mówią o zwracaniu się modlącego na wschód. Wschodzące słońce było dla chrześcijan symbolem Chrystusa – Światła prawdy, które oświeca wierzących. Dzień kończono modlitwą o zachodzie słońca. Tertulian polecał przeżegnać się wówczas znakiem krzyża i przeczytać jakiś tekst biblijny, z medytacji nad nim wypływała spontaniczna modlitwa.

Didache, cenny dokument życia pierwotnego Kościoła, mówi, że chrześcijanie, podobnie jak Żydzi, zachowywali zwyczaj trzykrotnej mo­dlitwy w ciągu dnia, recytowali jednak przy tym już nowy tekst ■ Modli­twę Pańską. Ten tekst, otrzymany od samego Chrystusa, jednoczył wszystkich wierzących, rozproszonych po całym świecie. Didache, najstar­szy pomnik literatury wczesnochrześcijańskiej nie wspomina, w jakich po­rach dnia należało odmawiać tę modlitwę, zapewne więc było to dowol­ne. Nieco później Kościół zachodni, skłonny zgodnie z duchem starożyt­nych Rzymian do prawniczej ścisłości, określił dokładnie jako porę modlitwy godz. trzecią, szóstą i dziewiątą, czyli zgodnie z naszym sposobem liczenia czasu dziewiątą rano, dwunastą w południe i trzecią po południu.

W czasie modlitwy zajmowano najczęściej postawę stojącą, z ręko­ma wyciągniętymi w górę i otwartymi dłońmi: tę postawę znamy z licz­nych malowideł, przedstawiających osoby modlące się, zachowanych w katakumbach. Taka postawa ciała dobrze wyrażała na zewnątrz myśl o Bogu, oczekiwanie Jego pomocy: przypominała ponadto chrześcijanom postawę, w jakiej Chrystus umarł na krzyżu. Znana też była postawa klę­cząca, wyrażająca uniżenie i pokorną prośbę: towarzyszył jej nieraz po­kłon aż do ziemi, zachowany do dziś w Kościele wschodnim. Nie był na­tomiast znany gest złożonych rąk, został dopiero w średniowieczu zapo­życzony przez liturgię od Germanów, u których był wyrazem hołdu len­nika, składanego feudalnemu zwierzchnikowi. Również od Żydów, i to za przykładem samego Chrystusa, chrześcijanie przyjęli modlitwę przed je­dzeniem; nie była ona, jak w późniejszych czasach, błogosławieniem po­karmów, lecz błogosławieniem i wysławianiem samego Boga, dawcę wszelkich dóbr.

MODLITWA WSPÓLNOTY – AGAPY

W ciągu dnia spożywano trzy posiłki. W dni postu – środy i piątki – chrześcijanie rezygnowali z pierwszego z nich, opóźniając również następ­ne. Najważniejszy był ostatni posiłek. To właśnie była pora, w której sta­rożytni zapraszali gości do wspólnego ucztowania. Uczty takie były nieraz bardzo wystawne. Jednak chrześcijanie wystrzegali się zbędnego luksusu w doborze potraw i w sposobie ich podawania. Każdy posiłek miał dla nich charakter religijny, tak, że zapraszanie pogan na uczty chrześcijańskie by­ło wzbronione. Zapewne czytano wówczas jakiś fragment Pisma Święte­go lub śpiewano psalm, a ojciec rodziny wspominał o uczcie najświętszej o Eucharystii.

Szeroko rozpowszechniony był zwyczaj zapraszania przez zamoż­niejszych chrześcijan innych członków wspólnoty, zwłaszcza najbardziej potrzebujących, na wspólny posiłek. Uczty te zwano po grecku agapami – ucztami braterskiej miłości. Na agapy zapraszano przy okazji niedzielnych zebrań eucharystycznych lub przypadkowych spotkań w mieście i być mo­że diakon, do którego właśnie należała troska o potrzebujących, sugero­wał gospodarzowi agapy kogo winien zaprosić. Sama nazwa tej uczty do­brze wyraża motyw dla jakiego ją organizowano. Miłość dyktowała taki sposób pomocy ubogim by ich jednocześnie nie upokarzać. Zaproszeni mogli się nasycić, czując się zarazem uhonorowanymi. Atmosferę panującą w czasie agap, tak charakteryzuje Tertulian, pisarz chrześcijański z II-go wieku: „Nie zasiadamy do jedzenia, póki nie skierujemy najpierw do Boga modlitwy. Je się do zaspokojenia głodu a pije się tyle, ile przystoi ludziom trzeźwym. Nasycamy się jako ludzie, którzy nawet w nocy pamiętają, że winni wielbić Boga. Rozmawiamy jako ludzie świadomi tego, że Bóg słyszy” ( Apol. 39,15 ).

Gdy zapadał zmrok, zapalano światła i powstawano, by uczcić Boga odśpiewaniem hymnu, najczęściej wziętego z Psałterza. Po uczcie zapro­szeni zabierali ze sobą do domów zawinięte w serwetki lub włożone do koszyków porcje jedzenia, ofiarowane im przez gospodarzy. Taki sam charakter braterskiej uczty nadawali męczennicy skazani na śmierć swemu ostatniemu więziennemu posiłkowi. Przed ostateczną próbą wiary ten wy­mowny znak braterstwa dawał im pociechę i wzmacniał siły duchowe.

DZIEŃ PAŃSKI – PAMIĄTKA ZMARTWYCHWSTANIA

Błogosławienie lampy, związane nieraz z zakończeniem agapy, rozpoczynało w sobotnie wieczory czuwanie liturgiczne, zakończone Eucharystią. Zapalana w sobotę wieczór lampa symbolizowała Chrystusa Zmartwychwstałego, będącego światłem dla całej ziemi. To sobotnie czu­wanie rozpoczynało obchód dnia Pańskiego. Najlepsze pojęcie o tym, jak ważnym był on dla pierwszych chrześcijan i czym była dla nich odprawia­na w tym dniu Eucharystia, daje relacja z przesłuchania męczenników z Abiteny (w dzisiejszej Tunezji). Zostali oni uwięzieni i przyprowadzeni przed prokonsula, który zarzucił im, że wbrew edyktom cesarskim zbierali się po domach, by sprawować Eucharystię.

„Musimy obchodzić dzień Pański – odpowiedział jeden z nich – bo takie jest nasze prawo”

„Czy były w twoim domu nielegalne zebrania? – zapytał prokonsul drugiego. Tak, obchodziliśmy dzień Pański – padła odpowiedź”.

„Dlaczego pozwoliłeś im przychodzić ? – Są moimi braćmi i nie mogłem im w tym przeszkodzić”.

„Powinieneś był tak uczynić ? – Nie mogłem tego zrobić, gdyż my nie możemy żyć bez sprawowania Wieczerzy Pańskiej”.

Wybór niedzieli na dzień świąteczny motywowany był tym, że sta­nowił on wspomnienie zmartwychwstania Chrystusa. Dlatego był to czas dziękczynienia i jednocześnie oczekiwania na zmartwychwstałego Pana. Modlono się w tym dniu na stojąco i nigdy nie poszczono. Nie był on na­tomiast początkowo dniem wolnym od pracy. Dlatego chrześcijanie musie- li się zbierać poza godzinami normalnych zajęć. Z Dziejów Apostolskich (20,7) dowiadujemy się, że w Troadzie spotykali się oni w nocy z soboty na niedzielę. Pokrywa się to mniej więcej z danymi innych źródeł, które mówią o zebraniach niedzielnych chrześcijan przed świtem. Miejscem ze­brań były domy prywatne. Z czasem zastąpić je miały, i to często – jak wykazały wykopaliska prowadzone w Rzymie – zbudowane właśnie na miejscu domów prywatnych, stałe kościoły.

Liturgii przewodniczył biskup lub delegowany przez niego prezbiter. Wszyscy obecni, łącznie z kapłanami, ubrani byli w zwykłe codzienne stroje. Eucharystia dzieliła się tak jak dzisiaj na liturgię Słowa i liturgię Ofiary. W niektóre dnie powszednie Kościół na wschodzie odprawiał samą liturgię. Słowa bez Eucharystii. Językiem liturgicznym, również na zacho­dzie był głównie język grecki, najbardziej wówczas rozpowszechniony. Zachowano też niektóre formuły liturgiczne najstarszych wspólnot pa­lestyńskich w ich aramejskim czy wprost hebrajskim brzmieniu: Alleluja! Amen! Maranatha! Również od wspólnot greckich modlitewne wezwanie: Kyrie eleison, zapożyczyli w dosłownym brzmieniu chrześcijanie mówiący po łacinie a także Koptowie i Syryjczycy.

Braterskiej miłości dawano wyraz gestem przez pocałunek pokoju i jednocześnie konkretnym czynem, składając po liturgii dary dla ubogich. W czasie Komunii wierni otrzymywali do ręki Ciało Pańskie i Kielich z Krwią Pańską, niektórzy zanosili je chorym i starcom, którzy sami nie mo­gli przybyć.

Niedzielna liturgia eucharystyczna nadawała rytm codziennemu ży­ciu. Na cmentarzach chrześcijańskich w katakumbach, w inskrypcjach wy­rytych w domach, w aktach męczeństwa, wszędzie odnajdujemy echo li­turgii. W Sciilium i Kartaginie męczennicy na usłyszany wyrok odpowia­dali dziękczynną formułą liturgiczną: Deo gratias – Bogu niech będą dzię­ki. Przed samym męczeństwem Kartagińczycy wymieniali pocałunek pokoju -taki sam jak w liturgii. Przebijała z tego świadomość, że śmierć za wiarę nie jest niczym innym, jak po prostu dopełnieniem udziału w Eucharystii.

Każda niedziela była pamiątką zmartwychwstania. Święcono jednak raz do roku szczególny obchód Paschy. Rozpoczynał się on dniem suro­wego postu. Całą noc z Wielkiej Soboty na Niedzielę Zmartwychwstania spędzano na czuwaniu, czytaniu Pisma Świętego i modlitwie. Była to naj­piękniejsza i najradośniejsza noc roku; noc, którą Ojcowie Kościoła opisu­ją jako „jaśniejsza od dnia, bardziej świetlistą niż słońce, słodszą od raju, oczekiwaną przez cały rok”. Była to bowiem pamiątka faktu, który nada­wał ich życiu nowy sens, który to życie całkowicie przemieniał. Ten dzień najlepiej wyrażał to, co było dla chrześcijan treścią każdego dnia każdego tygodnia: życie dzięki Chrystusowi Zmartwychwstałemu i oczeki­wanie ostatecznego z Nim spotkania.

CHRZEST – ŹRÓDŁEM ŻYCIA Z WIARY

Nasze dotychczasowe rozważania poświęcone życiu wyznawców Chrystusa z II-go wieku pokazały nam, że chrześcijaństwo nie jest utopią. Ewangelia w całej swojej rozciągłości była dla naszych przodków w wie­rze rzeczywistością przeżywaną, wielorako i głęboko oddziaływującą na ich życie codzienne. W tym punkcie rodzi się pytanie, skąd brało się u pierwszych chrześcijan tak intensywne przeżywanie wiary, i to nie tylko u jakiejś wybranej elity, ale w szerokich masach. Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna: źródłem nowego życia chrześcijan był Chrzest.

Kościół pierwotny zdawał sobie ó wiele jaśniej niż my sprawę z te­go, że między chrześcijaninem a zwyczajnym człowiekiem, takim jakim każdy z nas się rodzi istnieje przepaść nie do przebycia. Św. Klemens, bp Rzymu, czwarty z rzędu papież, pisał w 96 roku, że jest niemożliwością stać się chrześcijaninem przez własną mądrość czy inteligencję, przez własną naturalną religijność, przez jakiekolwiek uczynki, choćby spełnia­ne z czystym sercem ( I Kor.32).

Chrześcijanin jest dziełem Boga, Jego nowym  stworzeniem powoła­nym do nowego życia aktem Jego wszechmocy i miłości. W liście Pseudo- Barnaby z początków II-go wieku czytamy: „Odnowieni dzięki przebacze­niu naszych grzechów, zostaliśmy przemodelowani w nową formę i dlate­go teraz mamy usposobienie dziecka, tak jak gdyby Bóg jeszcze raz nas stworzył” (Ps-Bar. 6). Nieco dalej (P. 16) w tym samym liście znajdujemy takie stwierdzenie: „Otrzymawszy odpuszczenie grzechów i nadzieję chrześcijańską, staliśmy się ludźmi nowymi, odrodzeni w najgłębszych warstwach, naszej .egzystencji. I dlatego Bóg naprawdę w nas mieszka”. Otóż to ponowne stworzenie, nowe narodzenie z Boga dokonywało się we Chrzcie. W świadomości każdego chrześcijanina pierwszych wieków, Chrzest był absolutnie najważniejszym wydarzeniem życia; na nim wspie­rała się i z niego wyrastała cała egzystencja chrześcijańska.

Kościół pierwotny świadom tego, że źródło chrzcielne jest jedynym łonem, które mu rodzi prawdziwych i autentycznych chrześcijan; trakto­wał Sakrament Chrztu z niezwykłą powagą. Jego udzielanie w staroży­tności nie miało nic z beztroski i pobieżności, z jakim się go administruje dzisiaj. Dorośli, którzy prosili o Chrzest – a tych była w Kościele pierwot­nym ogromna liczba – musieli najpierw przejść przez kilkuletnią aspiran­turę, którą nazywano katechumenatem. Zatrzymajmy się dłużej nad tym zjawiskiem, bo tylko ono tłumaczy fakt, dlaczego w chrześcijaństwie pierwszych wieków Chrzest był rzeczywistym przejściem do nowego spo­sobu życia, zupełnie odmiennego od tego; które Wiodła cała reszta świata.

Idea przewodnia, która przyświecała katechumenatowi, była nastę­pująca: jeżeli być chrześcijaninem znaczy odrodzić się z Ducha Świętego, być na nowo stworzonym, być współwskrzeszonym z martwych z Jezu­sem Chrystusem, to dojrzałe chrześcijaństwo może być tylko dziełem Bo­ga w człowieku. Rzecz więc w tym, by kandydata do Chrztu otworzyć na działanie Boga, uczynić go uległym partnerem, z którym Bóg będzie mógł wejść w dialog i zacząć z nim swoją historię zbawienia. To właśnie było celem katechumenatu.

Zaczynał się od głoszenia kandydatom do Chrztu Ewangelii Chrystusa. Kościół bowiem nie znał innej drogi do nawrócenia jak ta, która polegała na skonfrontowaniu człowieka z Dobrą Nowiną Chrystusa. Mówi ona najpierw o niewoli grzechu, w której się człowiek znajduje i która go obezwładnia czyniąc niezdolnym do miłości, a potem o Chrystu­sie, który wziął na siebie nasz grzech i nim obarczony umarł na krzyżu. Bóg jednak wskrzesił go z martwych, niszcząc tym samym grzech i obwie­szczając teraz światu jego odpuszczenie. Chrystus Zmartwychwstały usta­nowiony został Panem dającym nowe życie tym, którzy w Niego wierzą. Kto w to Słowo ogłaszające człowiekowi możliwość przemiany wewnętrznej uwierzył, z tym Bóg rozpoczął historię zbawienia, u tego już poja­wił się zaczątek Bożego życia. W katechumenacie ziarno to będzie syste­matycznie podlewane i pielęgnowane, tak by organicznie wzrosło aż do momentu, w którym wyda spontaniczny owoc uczynków miłości.

Życie we wierze u katechumenów, kształtowane było przez trzy czynniki nierozerwalnie ze sobą związane: Słowo Boga, Liturgię Sakramentów i Wspólnotę. Katechezy, których regularnie udzielano kandyda­tom do Chrztu, były wyłącznie biblijne i to oparte o Stary Testament, który na ich zebraniach czytano i wyjaśniano. Z biegiem czasu katechu­meni coraz bardziej odnajdowali się w Słowie Pisma Św. stwierdzając, że Bóg zaczyna robić z nimi taką samą historię zbawienia, jaka tam została opisana. Powoli przekonywali się również, że Słowo Boga jest skuteczne i posiada moc demaskowania ukrytych grzechów człowieka, moc ich kru­szenia i że-staje się ono w ten sposób doświadczeniem Boga żywego. Za­czątkami zaś życia sakramentalnego były tzw. skrutinia, na których doko­nywano już pewnych rytów chrzcielnych i egzorcyzmów. Kościół, w mia­rę jak rosły wymagania stawiane katechumenom, udzielał im przez wkłada­nie rąk siły do ich wykonywania. Słowo Boże i Liturgia sakramentalna od­bywały się na łonie wspólnoty, którą katechumeni na ogół między sobą tworzyli i przy ciągłej opiece wspólnoty już ochrzczonych chrześcijan, w którą mieli kiedyś wejść. Wspólnotowość była zawsze uważna za coś istot­nego dla wszystkich faz życia chrześcijańskiego. „Człowiekiem nowym” bowiem, którego stwarza swym Duchem Chrystus Zmartwychwstały, nie jest jednostkowy święty, ale jest nim na pierwszym miejscu „koinonia” czyli miłość i jedność braci. Jest ona jednocześnie miejscem, gdzie Słowo i Sakrament o wiele pełniej i intensywniej oświecają i żywią wierzącego.

Opisany wyżej trójnóg Słowa, Liturgii i Wspólnoty był jakby ło­nem, w którym embrion wiary – owoc głoszenia Ewangelii – powoli i orga­nicznie się rozwijał aż do pewnego progu, który w praktyce pierwotnego Kościoła uważano za wystarczający do udzielenia Chrztu. Tym progiem było efektywne, w spontanicznych czynach miłości uwidocznione nawró­cenie, które świadczyło o tym, że we wnętrzu katechumena istnieją już so­lidnie założone zręby tej rzeczywistości Bożej, którą nazywamy odrodze­niem z Ducha Św., nowym stworzeniem. Jakiś czas przed Chrztem odby­wało się swego rodzaju skrutinium, które było jakby egzaminem z postaw. Biskup w otoczeniu całej wspólnoty lokalnej wywoływał kandy­datów do Chrztu razem z krewnymi, znajomymi i wypytywał ich o po­stępowanie kandydata w rodzinie, w pracy itp. O ile jego spontaniczne rea­kcje i postawy tchnęły jeszcze zbytnio logiką świata, chrzest odkładano na później, aż kandydat wystarczająco dojrzeje.

Oto jak wyglądała starochrześcijańska szkoła wiary, w której for­mowano chrześcijan godnych tego imienia. Formacja ta trwała oczywiście nadal po Chrzcie. Narzędzia były zawsze te same: Słowo, Liturgia (teraz już na pierwszym miejscu Eucharystia) i Wspólnota. Było to już jednak budowanie na tym fundamencie, który założony został w sercu chrześcija­nina w okresie jego katechumenatu.

WNIOSKI

Na zakończenie krótka refleksja na temat współczesnego nam chrze­ścijaństwa… Największym jego problemem, jest być może to, że olbrzymia większość ochrzczonych, nigdy w swym życiu nie przeżyła swego własne­go Chrztu w tym jego najgłębszym wymiarze, w którym jest on egzysten­cjalnym spotkaniem z Chrystusem, które to spotkanie odradza wewnę­trznego człowieka. W konsekwencji są oni ciągle jeszcze chrześcijanami tylko in spe, w możliwości: która jeszcze się nie spełniła. Ich Chrzest po­zostający ciągle jeszcze nierozwiniętym ziarnem, złożonym kiedyś w naszą egzystencję przez Boga, woła głośno o swoją realizację.